Kiedy opatrzność mówi nie – nie protestuj!

Kiedyś narysowałem krótki, kilkuobrazkowy komiks o mojej wycieczce do Świdnicy. Przedzierałem się w nim przez chaszcze, brodziłem w błocie, deszcz mnie smagał, mróz mroził do szpiku. A mogłem głupi pojechać autobusem. Kiedy wymyśliłem nocne fotografowanie Książa, ten komiks powinien być moim memento.. ale nie.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że to nie jest dobry pomysł. Najpierw, na parkingu, eksplodowała mi pod nogami wielka butla wyrobu szampanopodobnego, czyli Maskowskoje Igristoje. To wytworny gentelman, na lekkim autopilocie, z bukietem półzdechłych chabazi w garsci i foliówką z trzema TYSKIMI stracił mocny argument w zbliżającej się szybkimi krokami, niewątpliwie niezbyt przyjemnej, rozmowie z ukochaną.

Niezrażony sygnałami zsyłanymi przez opatrzność szedłem dalej, niezachwiany w postanowieniu. Miła jeszcze kilka tygodni temu drga do Starego Książa zamieniona została w wielki, wypełniony błotem, plac budowy. Ślisko było i syfiasto. Krótka chwila nieuwagi, szybki balans ciałem i… gleby (czy raczej błocka) nie zaliczyłem, ale statyw walnął o kamień i szlag trafił głowicę. wwrrrrrr!

Reszta drogi upłynęła bez większych dramatów. Kiedy dotarłem do miejsca, z którego miałem fotografować, pierwszą zobaczoną rzeczą była locha z małymi warchlakami. Zanim więc rozstawiłem się z jedynym pozostałym przy życiu statywem Daniela, wybraliśmy sobie na wszelki wypadek dwa miłe drzewka, na które możnaby się wspiąć, jeśliby losze wpadło do głowy zawrzeć z nami bliższą znajomość.

Na koniec okazało się, że pomimo świąt i wielu gości w hotelu zamkowym, Książ pozostał nieoświetolny. Czas mijał, zamek zamieniał się w ponurą, ciemną bryłę. Postaliśmy, pstryknęliśmy pro forma po jednej fotce i ubłoceniu po kolana wróciliśmy do domu.

866 wszystkich odwiedzin 2 odwiedziny dziś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *