Paprica expedition 2013 – czyli rowerem z Wałbrzycha nad Balaton

Moja rowerowa wycieczka do ziemi węgierskiej skończyła sie, zanim się na dobre zaczęła. W 5 dni przejechałem 510 km. Pokonał mnie upał, słońce i brak wody. Do granicy węgierskiej zabrakło mi 40 km.

Swoją podróż rozpocząłem na granicy polsko-czeskiej w Mezimesti. Już pierwszy podjazd na broumovskie wzgórza niedaleko Police n/Metui pokazał, jak bardzo jazda rowerem obładowanym sakwami różni się od jazdy „na pusto”. Zlany potem zacząłem wątpić w sukces i sens  przedsięwzięcia. Później na trasie było wiele równie morderczych wzniesień, ale to pierwsze szczególnie dało mi się we znaki.

Březová nad Svitavou – widok z otaczających miasto wzgórz

Pierwszego dnia nocleg zaplanowałem w miejscosci Rychnov, do którego trasę wyznaczylem bocznymi drogami przez miasteczka, które urzekają schludną, „klockową” zabudową. Choć północne Czechy nie są piękne, to i tak ładem i porządkiem różnią się od naszych polskich, przygranicznych wsi.

Trasę zaplanowałem jako tranzyt, a nie wyprawę turystyczno-krajoznawczą. Starałem się wyszukiwać sieć najkrótszych dróg prowadzących, bez zbędnego błądzenia, w stronę Brna. Przez kilka następnych dni miałem się dobitnie przekonać, że omijanie głównych dróg i prostowanie tego, co już wyprostowane, nie zawsze się opłaca.

Podróżowałem po Czechach zaściankowych i nieturystycznych, wzbudzając ciekawość i zainteresowanie, kiedy obładowany przejeżdżałem przez wsie  oraz politowanie i pobłażliwe uśmiechy, kiedy gdzieś przy sklepie odpowiadałem lokalsom dokąd jadę.

Wyruszając w podróż zakładałem, że nie spiesząc się przejadę z punktu A do punktu B według zaplanowanej i wyliczonej wcześniej trasy i tam poszukam noclegu.  Już po kilkudziesięciu kilometrach plan ten musiałem zweryfikować: zakładając przejechanie 75 km dziennie, nie wziąłem pod uwagę fatalnego, dramatycznego i nieprzyjaznego ludziom oznakowania dróg w Czechach. Tu za daleko pojechałem, tam skręciłem za wcześnie. U naszych południowych sąsiadów stawiane są kilkadziesiąt metrów przed skrzyżowaniem, a często zaraz za nimi pojawia się mała uliczka… niestety nie ta, w którą trzeba skręcić. Do tego kilka kilometrów wokół zabytkowych centrów miast, dojazd do nich… W sumie do trasy wyliczonej przez google musiałem dołożyć 25% dodatkowego pedałowania.

Tak było właśnie pierwszego dnia. Przejechawszy planowane 80 km byłem ciągle o jakieś 20 km od celu. Wtedy popełniłem pierwszy błąd: wybrałem krótszą, boczną, wydawałoby się przyjemniejszą drogę. Błąd. Krótsza, nie oznaczało szybsza i łatwiejsza. Zamiast jak człowiek pojechać główna trasą, falującą umiarkowanie pomiędzy wzgórzami, straciłem resztkę sił na podprowadzenie, bo na podjazd nie miałem już sił, roweru pod koszmarną górę tylko po to, żeby zaraz później z niej zjechać do miasta.

Do Rychnova dojechałem ledwo żywy. Niestety, w mieście zaznaczonym na mapie jako całkiem spore – nie było gdzie spać. Pola namiotowego brak (jak w większości czeskich miast). Był hotel. Zamknięty. Zupełnie jak w pisence Jacka Skubikowskiego „…jedyny hotel, portier i napis miejsca brak…”. Kilku zagadniętych o „autocamp” albo „taboriszte” przechodniów ze zdziwieniem przecierało oczy. Dopiero rowerzysta zakrzyknął radośnie „cześć chlopaku!!” i pokierował na kemping w Usti nad Orlici, miejscowości oddalonej o następne 18 km…

Tego dnia rozbiłem namiot na polu o wdziecznej nazwie Vochtanka, w uroczej dolince u stóp ruin zamku Potstein, w dolinie rzeki Usti. Nie miałem siły zachwycać się cudami natury ożywionej i nieożywionej. Wypilem dwa piwa, zjadłem kolację i poszedłem spać.

Pusta łąka, namiot, rower i ja. Kemp Western „Vochtanka”w Usti n/Orliči

Cena za pole 17 lipca 2013 roku: 75 koron (namiot, rower i ja). Piwo na polu – czarny kozel 25 koron / 0,5 l.

Dzień 2. Pobudka o 7. Pakowanie, śniadanie i w trasę. Tym razem postanowiłem być bardziej przebiegły i noclegu poszukać w informacjach turystycznych w mijanych po drodze miastach. Niestety, nikt nie potrafił mi podpowiedzieć gdzie w okolicach mnie interesujących znajdę miejsce do spania, straciłem za to kupę czasu na szukanie i dojazd do informacji turystycznych.

Česká Třebová – Rynek

Drugiego dnia trasa wypadła mi w całości po głównej trasie Nahod-Brno. Śmigałem po górkach i pagórkach wyzutych z emocji. Na szczęście za wyjątkiem kilku miejsc trasa ma pobocze na tyle szerokie, żeby zmieścić bezpiecznie rowerzystę z manelami. Jedzie się wygodnie i w miarę bezpiecznie. Największe niebezpieczeństwo na trasie to TIR-y. Polskie niestety. Tylko oni próbowali wyprzedzać mnie nie zdejmując w ogóle nogi z gazu. To kierowca polskiego TIRa omal nie wciągnął mnie pod koła, wyprzedzając przy wysepce ograniczającej wjazd do miasta. W końcu to polski kierowca wyprzedzał mnie na podjeździe skręcającym w lewo!

Tego dnia znów dołożyłem 25 km na kluczenie po miastach. Miałem w nogach kolejne 105 km i nie szukałem campingu. Poszedłem spać w małym hotelu w Boszkovicach. (Cena za dobę ze sniadaniem za pokój dwuosobowy (jedynek nie było) 620 koron. Piwo w knajpie hotelowej – 35 koron)

Trzeci dzień przywitał mnie znów piękną pogodą. Po szybkim śniadaniu w hotelowej knajpce wyjechałem trochę wystraszony, bo bałem się gór Morawskiego Krasu i wzgórz otaczających Brno. Nie miałem ochoty na kolejne 100 km nieustannych podjazdów i zjazdów, nauczony doświadczeniami z dni poprzednich wybrałem najkrótszą trasę prowadzącą główną drogą, na wszelki wypadek zakładając możliwość poszukania noclegu w oddalonym zaledwie o 40 km od Boschkovic Brnie.

Na trasie. Okolice Morawskiego Krasu, Czechy

 

Czesi to w swej naturze bardzo pomocny naród. Kiedy stojąc na poboczu ruchliwej drogi, walcząc się z mapą z obłędem w oczach szukałem sposobu na ominięcie autostradowego wjazdu do Brna, przypadkowy kierowca przejeżdżającego dostawczaka podpowiedział rozpoczynający się kilometr dalej wjazd na ścieżkę rowerowową, prowadzącą do Brna wzdłuż rzeki Switava. Ścieżka ta miała doprowadzić mnie do samego miasta. Jak się później okazało, była moim wybawieniem – i moją zgubą.

Ścieżka rowerowa nr 5 owszem, była. Znalazłem wjazd na nią poprzedzony znakami ostrzegajacymi kierowców o zwiększonej liczbie rowerzystów. Na tym moja wiedza na temat ścieżki się kończyła. Ani ani skąd prowadzi, ani dokąd, ani którędy. W tym miejscu z pomocą po raz kolejny przyszedł mi czeski rowerzysta, który nie tylko opowiedział mi o niej, ale towarzyszył aż do samego centrum Brna.

Wjazd na ścieżkę znajduje się na ok. 5km drogi łączącej Blansko z Brnem, oznaczony jest charakterystycznym, żółtym kierunkowskazem. „Pietka”, jak o niej mówią Czesi, łączy szlakiem rowerowym Brno z Wiedniem. Od wjazdu pod Blanskiem aż do samego centrum Brna prowadzi trasą przypominającą wyasfaltowaną alejkę w parku – wzdłuż rzeczki, nie napotykając na swojej drodze praktycznie żadnych wzniesień. W samym mieście ścieżka biegnie niby bokiem, niby z dala od głównych szlaków, a jednak… Mijając hipermarket wystarczy na kilkaset metrów zboczyć w stronę głównego skrzyżowania, potem ulicą 500 m przed siebie i… lądujemy w ścisłym centrum Brna.

Brno jak Brno – miasto jak każde inne. Duże, hałaśliwe, w remontach, upalne. Wypiłem piwo na Namesti, poleżałem na wybudowanej w centrum mini plaży i nie namyślając się wiele – ruszyłem przed siebie.

Brno – Centrum

 

Czeska „pietka” jest całkiem przyzwoicie oznakowaną drogą rowerową. Żółte znaki z numerem ścieżki, logo czegoś-tam i flagą UE, a dodatkowo z nazwą miejscowości do której prowadzi funkcjonują jak normalne oznaczenie drogowe. Specjalnie przygotowaną, asfaltowa trasa biegnie idealnie na południe w stronę Wiednia, przez miasteczka, pola (kiedy ja jechałem kwitły słoneczniki, których były całe hektary). Im bliżej południa Czech – tym bardziej okolica  zmienia wygląd; schludne obejścia, przystrzyżone trawniki, idealnie równe krawężniki. Jak w Simach.

Ścieżka rowerowa „5”. Morawy

 

Nie ma potrzeby obawiać się głodu czy pragnienia. W Czechach może nie być kościoła, czasem nie ma sklepu – ale w każdym miejscu gdzie mieszkają ludzie znajdzie się karczma. Restaurace albo Hospoda. Nigdy PUB. Otwarte od kiedy właściciel pokaże sie w środku. Rzadko kiedy później niż o 10. W zdecydowanej większości żelaznymi pozycjami w menu są: zupa czosnkowa (csnkova polevka, ok 30 koron) i gulasz z knedlami (magiarsky gulas, ok 70-90 koron). Czasem kupowane razem z piwem maja jeszcze niżą cenę.

Knedle z gulaszem i piwo. Tradycyjne czeskie danie.

 

Jadąc „5”, zadowolony z życia, wypoczywałem. Tak trafiłem nad największe jezioro południowych Czech – Novomlýnské nádrže. Tu, w miejscowości Pashohlavky można rozbić namiot na porządnym polu namiotowym. Postanowiłem zostać tam dwa dni żeby zregenerować siły. Cena za namiot i człowieka z rowerem: 125 koron. Nie można płacić kartą. Na polu jest sklep, karczmy, bary, wszystko co potrzebne do życia. Jedyny minus to płatne prysznice, na nie zawsze sprawnie działające automaty. Wrzuć człowieku 20 koron i z gołą dupą zrozum, że automat nie zadziałał… słabe to.

Jezioro Mikulowskie. Czas na odpoczynek.

 

Jezioro Mikulowskie o świcie

 

Po dwóch dniach, niczym król Sobieski schodzący z włochatego tyłka królowej Marysieńki krzyknąłem: „Na Wiedeń, mości Panowie!” i prowadzony „szczęśliwą piątką” ruszyłem nad Dunaj. Nie zapowiadało się źle: na południe od Pashohlavek ścieżka oznakowana jest jeszcze lepiej niż wcześniej. Prowadzi, delikatnie falując, przez morawskie winnice, rozpostarte na południowych stokach iście toskańskich wzgórz. Gładziutka, wyasfaltowana, ze schronami dla rowerzystów i wielkoformatowymi mapami, opisującymi trasę i miejscowe atrakcje. Skoro tak jest w Czechach, to kurcze, jak będzie w Austrii??!!” pomyślałem czując jak serce mi rośnie.

Trasa rowerowa „5” wijąca się między winnicami w południowych Morawach

 

Mapa czeskiej części trasy rowerowej „5 / Bron–Wiedeń”

 

W ostatnim, czeskim miasteczku zaopatrzyłem się w wodę, batony, jakieś orzeszki i przekroczyłem granicę. Pierwsze co się rzuca w oczy w Austrii, to zmiana oznakowania i jakość nawierzchni. Ścieżka nadal jest ścieżką, ale jej europejskość uznali chyba tylko Czesi, ponieważ po austriackiej stronie oznaczona zostaje jedynie niebieskim kwadracikiem z symbolem roweru i nr ścieżki.

Zmieniła się też idea wytyczania trasy – po wyjechaniu z pierwszego (i jedynego przez jakie przejeżdżałem) miasta, ścieżka czmychnęła w pola na dobre. Nie była już świetnie przygotowanym szlakiem rowerowym, tylko polnymi drogami omijającymi co bardziej ruchliwe drogi. Zniknęły mapy i schrony. Ścieżka, prowadziła przez pola i żwirowe drogi, skręcała na trasy niedostępne dla aut. Wjechałem w gigantyczną farmę elektrowni wiatrowych. Wiatraki stały na wzgórzach, a na wzgórza trzeba wjechać. Co prawda potem leci się w dół na złamanie karku, ale tylko po to, żeby znów zacząć mozolną wspinaczkę na kolejne, jeszcze wyższe wzgórze. Cały ten 15 km odcinek zamknięty był dla ruchu samochodowego, co kilkadziesiąt metrów oznaczony znakami AutoVerboten. Nie było kogo zapytać o drogę, nie było gdzie kupić wody. Pustynia.

Wjechałem między te wiatraki nie wiedząc ani jak wysoki i męczący będzie następny podjazd, nie mając pojęcia jak daleko do najbliższego miasta, sklepu, miejsca, w którym w końcu kupię wodę. Półtoralitrowa butelka nabyta na granicy skończyła się już dawno, podobnie jak zapas w bidonie. Przez 20 km jechałem w doskwierającym upale, trasą nie dającą specjalnie schronienia przed słońcem, do tego doszedł ogromny wysiłek związany z pokonywaniem kolejnych wzniesień. W pewnym momencie już tylko podprowadzałem rower, nawet nie próbując pedałować. Pot się ze mnie lał strumieniami, mięśnie zaczęły łapać bolesne skurcze. Z pragnienia wyschły mi usta i zacząłem tracić głos. Kiedy ze szczytu kolejnego wzgórza nie dało się dostrzec osady ludzkiej, zacząłem poważnie rozważać wezwanie pomocy.

Ta nadeszła niespodziewanie i z najmniej spodziewanej strony. Nagle, na szczycie jednego ze wzgórz, wgryzieni obozowiskiem w pole kukurydzy pojawili się ludzie. Jakieś kontenery, auta, kamera telewizyjna…

Przed niechybną śmiercią z odwodnienia uratowali mnie austriaccy archeolodzy, którzy wspólnie ze studentami – wolontariuszami, prowadzili tam stanowisko odkrywkowe, wydłubując z ziemi kości krów sprzed 7 tysięcy lat. Mówili dziwnym, austriackim niemieckim, brzmiącym jak pomieszanie niemieckiego z węgierskim. Napoili mnie, nakarmili, opowiedzieli co robią i…. powiedzieli Halt! Dalej nie pojedziesz. Nie pomogły argumenty, ze do Wiednia juz tylko kawałek, ze dam sobie radę, ze kiedy mam wodę mogę spać choćby na łące. Nie, nie pojadę i już. Germańska natura. Naradzili się chwile i po kilku absurdalnych pomysłach typu holowanie roweru na linie za motocyklem spakowali mi rower do busa, ja wylądowałem na tylnym siedzeniu motocykla i zostałem odstawiony pod eskortą do najbliższej stacji kolejowej, skąd odchodził pociąg do Wiednia. Kupili bilet, pomogli wsiąść z rowerem, bagażami i pomachali na do-zoba. Jechałem do Wiednia.

Znalezienie campingu w stolicy Austrii nie nastręczało problemu. Camping Wien Neue Donau znajduje się w samym centrum miasta, może nie nad samym Dunajem, ale w bezpośredniej bliskości naddunajskiego bulwaru rowerowego. Bezpośrednio graniczy z linią kolejową i autostradadą i lotniskiem, co może być uznane za minus szczególnie o 4 rano, kiedy zaczyna się wzmożony ruch, ale któż by zwracał uwagę na szczegóły.

Mnie martwił stan mojego ciała. Wieczorem czułem się fatalnie. Nie miałem apetytu, całym ciałem targały skurcze mięśni. Zastanawiałem się czy nie przerwać lub przynajmniej nie zweryfikować planów podróży i nie zrobić w Wiedniu jednoodniowej przerwy. Decyzję postanowiłem odłożyć na rano. Wziąłem prysznic i bez kolacji poszedłem spać.

Rano czułem się o wiele lepiej. Z nadzieją patrzyłem w niebo, zasnute cieniutka warstwą chmur. Pani w recepcji/informacji rozwiała moje obawy – na drodze do Bratysłavy nie ma ani jednego wzniesienia, a szlak wiedzie jedną z najznakomitszych tras rowerowych w Europie – DonauWeg. Spoko, nie ma co czekać. Postanowiłem wcielić w życie ułożony naprędce, ale calkiem sensowny plan: jadę do Bratysławy, potem jeszcze tego samego dnia pociągiem do Komarna, przekraczam Dunaj i w termach zostaje na 3 dni. Zostawiam z boku Giör i zwiedzanie Węgier zaczynam od twierdz Komarno.

DunauWeg nad Dunajem to może i wiedzie, ale napewno nie na trasie do Bratysławy. Tuż za Wiedniem ścieżka ucieka w lewo, obok nieprawdopodobnie śmierdzącą oczyszczalni ścieków albo innych zakładów chemicznych. Chwilę później zamienia się w wysypany ubitym tłuczniem nasyp kolejowy, który prowadzi prosto jak z bicza strzelił przez Łąki Dunajskie. Odcinek Wiedeń-Bratysława to prowadząca na wschód, pomiędzy rozdzielonymi dwiema ścianami lasu dróżka. W lesie żerują jakieś nieprawdopodobne ilości komarow. 50 km w słońcu, pomiędzy nimi tylko dwa miejsca, w których można kupić wodę… Dopiero na końcu, 10 km od granicy wjechałem do miasteczka Hainburg an der Donau. Linia kolejowa do Bratysławy jest – niestety jedyny istniejący tor był w remoncie i pociągi nie kursowały. Przystanek autobusowy, z którego co pół godziny odjeżdżają autobusy do Bratysławy był, ale żaden z kierowców nie zgodził się zabrać mnie z rowerem. Ostatnie 15 km to odcinek od starego przejścia granicznego do centrum stolicy Słowacji… Po betonie, wzdłuż autostrady, w pełnym słońcu.

Dojechałem do centrum Bratysławy lewo żywy. Półtorej godziny spędziłem nad Dunajem, starając się usunąć mroczki pojawiające sie przed oczami i zapanować na skurczami mięśni. Już wtedy wiedziałem, że coś jest bardzo nie tak. Za dużo słońca, za duży wysiłek. Dotarcie do położonej mniej więcej w  połowie wysokości wzgórza, na jakim położone jest miasto zajęło mi 2 i pół godziny. Kupiłem bilet do Komarna. Odjazd za 5 minut – nie było czasu na wodę, jedzenie. Przebiec na peron, wtargać cały majdan na platformę peronu, biegiem na początek składu, do wagonu rowerowego.

Siadłem. Odpoczywam. Słyszałem wszystko dziwnie, jakby z boku, jakby przez wyłączone słuchawki. Jakaś kobieta uśmiechała się do mnie dziwnie, ludzie przyglądali – musiałem nieźle wyglądać. Ładniutka konduktorka prosiła o bilet… Bilet w plecau, gwałtownie się schyliłem.. i ostatnie co pamiętam to upadający na mnie rower.

Nie straciłem zupełnie przytomności, zamroczyło mnie tylko na kilka sekund. To wystarczyło, żeby obsługa pociągu wezwała pogotowie, które zabrało mnie z drugiej stacji przed Komarnem, do którego zabrakło 20 minut. Zamiast do przytulnego pokoju pod twierdzą w Komarnie trafiłem do polikliniki w Dunajskiej Stredzie. Trzymali mnie tu 6 dni i 7 nocy. Stwierdzono udar słoneczny, odwodnienie, początki rabdomiliozy i niedoczynność nerek (o ile dobrze zrozumiałem słowackiego lekarza mówiącego więcej po węgiersku niż po słowacku). Podano mi w sumie 7 litrów soli fizjologicznych, 3 litry elektrolitow i 3 litry glukozy.

Jest środa, 24 lipca 2013 roku. Jutro wychodzę, mam nadzieję.

W tym roku nie udało się dojechać na Węgry. Spróbuję następnym razem.

2896 wszystkich odwiedzin 2 odwiedziny dziś

3 Comments

  1. Odpowiedz
    89tatiana 11 sierpnia 2013

    Podziwiam za odwagę i wytrwałość 🙂 Zabrakło niewiele. Powodzenia w przyszłym roku.

  2. Odpowiedz
    Kowalski 25 sierpnia 2013

    Jestem ciekaw masy całego bagażu (sakwy, namiot, karimata, woda). Pokusiłeś się może żeby zważyć?

    • Karlos van der Z. 25 sierpnia 2013

      Nie, ale w sumie nie był bardzo ciężki. Namiot Fiord Nansen 1,8kg, spiwor Quechua ultralight +15 do +10. Zabralem ze sobą większość ciuchów termo, lekkich, najcięższy i największy był chyba polar. Z jedzenia miałem tylko proszki i kawę w saszetkach. Do gotowania epigaz i aluminiowy czajnik. Myśle, ze nie wszystko nie ważyło wiecej niż 6-7kg 🙂 góra 8.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *