Posts in Category: Wnętrza

10. sierpnia 2017

Wnętrze Bazyliki Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Krzeszowie k/Kamiennej Góry (dolnośląskie), będącej częścią opactwa cystersów, nazywanego polską perłą baroku. fot. Jacek Zych / Dziennik Wałbrzych


Hotel A’propos – tak a’propos noclegu…

Większość z nas tzw „Aproposa” kojarzy z odbywającymi się tam regularnie koncertami i fiestami latynoskimi. A’propos to jednak nie tylko klub i restauracja – to przede wszystkim hotel z bardzo klimatycznymi pokojami, idealne miejsce do zorganizowania konferencji, przyjęcia komunijno


Szczypta Wenecji, Agnieszka i mała Róża

Fregatę dla Jacka i Agnieszki fotografuje już od wielu lat. Fajnie patrzeć, jak to miejsce zmienia się. Dla niektórych na lepsze, inni twierdzą, że traci swój rustykalno-wiejski charakter. Dla mnie to naprawdę nie ma znaczenia. Lubię to miejsce i już 🙂

Aga Tomaniewska z małą Różyczką… szefowa całego zamieszania.


Stara kopalnia


Kuchnia Hochbergów

Kuchnia znajduje się na ostatnim piętrze Zamku. Wchodząc tam nie trudno wyobrazić sobie przepych dawnych uczt, balów, przyjęć. Pod wielkim, kwadratowym świetlikiem stał stół. To w tej kuchni, na tym stole, w futrach, rozdeptując makowce, Boguś Linda posiadł boską Grażynę Szapołowską, czego, w owych czasach, zazdrościł mu chyba każdy pryszczaty nastolatek 🙂 Dziś pozostało tylko wspomnienie dawnej świetności. Zniknął stół, zniknęły sprzęty – tak, jak przeminąła dawna świetność Zamku. Tylko w pustych lodowniach ciągle czuć wsiąknięty w ściany zapach ryb i półtuszy…


Fregata

Przez 3 dni fotografowałiśmy Fregatę w Zagórzu… i powiem tak… to była naprawdę ciężka praca. To miejsce ma jednak w sobie coś niezwykłego… nie powiem „magicznego”, bo magiczny to może być kapelusz Pana Tau, ale coś, dla czego chce się tam wracać.

Zupełnie inną historią jest jakuzzi… na świeżym powietrzu, na skale, nad jeziorem, z widokiem na tame. Kto nie doświadczył gorącej kąpieli przy pełni księżyca, ze zmrożaną wódeczką w zasięgu ręki, ten… no co…?? powinien spróbować, nie? 🙂 do czego namawiam, bo naprawdę warto…


Ruck Zuck czyli galopem przez Śląsk

 

Trzy ostatnie dni spędziłem głównie na fotografowaniu wnętrz sklepów z panelami, drzwiami i tego typu akcesoriami, należących do niemieckiej (chyba???) sieci Ruck Zuck.

Samo fotografowanie nie odbiegało specjalnie od normy, przedmiot fotografowany nie był ani specjalnie spektakularny, ani błyskotliwy – postanowiłem napisać o okolicznościach około przyrodniczych związanych z tym zleceniem.

Ponieważ sklepy znajdowały się w sporej odległości od siebie, zrobiłem prawie 1000 km jeżdżąc miedzy Górnym a Dolnym Śląskiem. Pierwsze co pomyślałem zaczynając pisać – to, że nie chciałbym w życiu być zawodowym kierowcą, czy też przedstawicielem handlowym. W „Opowieściach o pilocie Pirxie”, w opowiadaniu pt. Patrol, Stanisław Lem bardzo obrazowo opisuje to, co można robić przed lustrem spędzając wiele godzin zamkniętym samotnie w małej sterowni statku patrolowego. To samo można powiedzieć o kierowcy, który siedzi sam w samochodzie przez 8 godzin dziennie. Zaczynam rozumieć kolesi w gajerach za 3 tysiaki dłubiących w nosie na skrzyżowaniach, wyciągających z nich długie gile i przyglądającym się im z zainteresowaniem. To chyba najnormalniejsze z zachowań, jakie można u nich zaobserwować.

Tym samym zdebileniem można chyba wytłumaczyć by zjawisko autostradowych wyścigów ciężarówek. Jedna jedzie 90 km/h, druga 90,5 km/h – i zaczyna się wyprzedzanie… i przez 30 km oba pasy są zajęte przez opętanych tirowców. Każdemu wydaje się, że jest jakimś pieprzonym kierowcą rajdowym – najmniej Hołkiem – że o aspiracjach na Kubicę nie wspomnę. A za nimi sznurek pozostałych użytkowników autostrady, czekających, aż jeden debil łaskawie odpuści drugiemu.

I na koniec. W moim rankingu buraczanych kierowców zdecydowany prym wiedli kierowcy z Warszawy. Do dziś. W porównaniu z kierowcami z Gliwic – zostają daleko w tyle. Gdyby zebrać wszystkie samochody w Gliwicach i wrzucić do nich granat – byłaby największa sałatka z buraków w dziejach.

Fotografie wykonanie na zlecenie firmy 2BUSINESS CONSULTING GROUP Sp. z o.o.


Rivendell – Ostatni Przyjazny Dom


Kościół i kaplica klauzurowa sióstr Benedyktynek w Lubomierzu

Lubomierz znałem przede wszystkim, a raczej jedynie, jako miejsce, w którym Witia wierzchem na kotie jechał.. czyli plan filmu Sami Swoi. Tu, co roku, odbywa się też festiwal komedii polskich pod taka sama nazwą. Pojechałem tam pierwszy raz i festiwal stał sie tłem, czymś nie wartym uwagi w obliczu kilkunastu minut spędzonych w kościele, wchodzącym w skład zabudowań klasztornych zakonu Benedyktynek. Sam kościół nie zrobił na mnie tak wielkiego i porażającego wrażenia jak kaplica klauzurowa, znajdująca sie za ołtarzem, na piętrze.

Zespół budynków klasztoru sióstr Benedyktynek składa się z kompleksu zabudowań samego klasztoru oraz kościoła, a także z budynków służebnych stanowiących imponujący i zwarty kompleks budynków, pomimo nierozerwalnej ciągłości poszczególnych skrzydeł dobrze od zewnątrz czytelny. Wnętrze kościoła obfituje w szereg zabytków sztuki, są to min: malowidła sklepienne występujące na wszystkich polach, wykonane metodą freskową przez jednego z najwybitniejszych malarzy barokowego Śląska Jerzego, Wilhelma Neunhertza. Sklepienie prezbiterium otrzymało inny typ dekoracji, plastycznie wypracowanej w stiuku. Ołtarz główny jest dziełem nieznanego autora.



Za ołtarzem głównym znajduje się kaplica klauzurowa z ołtarzem i bogatym wystrojem rokokowym. Zakonnice nie mogły uczestniczyć we mszach odprawianych w kosciele. Z tego to właśnie powodu wybudowano dla nich, za ołtarzem głównym, na pięterku, kaplicę, do której dostęp miały tylko i wyłącznie one. Od kościoła odddzielały ją stalowe drzwi z małym, kwadratowym okienkiem, jedynym łącznikiem ze światem realnym, przez które kobiety przyjmowały komunię świętą.

Kaplica robi niesamowite wrażenie. Z jednej strony doskonale słychać z niej wszystko co się dzieje na dole w kościele, z drugiej – jest jak enklawa, wyspa ciszy i spokoju odcięta od świata wąskimi schodkami i potężnymi, stalowymi wrotami. Jest jak magnes. Przyciąga, sprawia, że nie chce się stamtąd wychodzić. A kiedy już wyszedłem i zalał mnie tłum oszalałych ludzi, wiedziałem, że nigdzie już nie będzie tak cicho i spokojnie, jak tam.







Uzdrowisko Szczawno – Jedlina

Fotografie wnętrz na zlecenie Uzdrowiska Szczawno-Jedlina S.A.