Posts in Category: Travel

Tatry ad 1989

Ostatni raz byłem w Tatrach chyba z 10 lat temu. Powiedziałem sobie wtedy, że to już ostatni raz wszedłem na Zawrat, że ostatni raz przebijałem się przez dziką tłuszczę blondynek w klapeczkach i łysych kolesi w adidaskach. Wiem, że trochę przesadzam, ale pamiętam Tatry zupełnie inne.. puste, nie zadeptane. Pamiętam Tatry jakich dziś nie widać… w zasadzie niczego nie widać, spod zbitego tłumu turystów. I szkoda, kutfa, bo Tatry są jak narkotyk… bardzo trudno się od nich uwolnić.

Fotki odrobine parchate, skanowane z odbitki wykonanej na papierze jedwabistym (kto jeszcze dziś pamięta co to był za wynalazek ten papier jedwabisty- hehehe).

1. Widok z Koziej Przełęczy na południowy wschód: część Doliny Pięciu Stawów – Wielki  Staw, Wole Oko i kawałek Przedniego Stawu. W tle Miedziane, Mięguszowiecki Szczyt i w chmurach ukryte Rysy.

2. Gdzieś pomiędzy Kasprowym Wierchem a Liliowym… Może w okolicach Przełęczy Suchej? Na zdjęciu Magda Dębska, Kasia Konikowska, Jarek Michałek, Jacek …… (?), nogi i ręka – chyba Krzyśka Laskowskiego i kawałek brzucha – chyba Adasia Lichoty.

 3. Schronisko Na Hali Kondratowej. Tak, był taki czas, że można było tam normalnie wejść. Na zdjęciu Magda, Jarek, Krynio i Adam.


der Damm


Tam, gdzie zginął kapitan Pawłow

Kto oglądał Czterech pancernych wie, o czym mowa.  Jedna kula, już po wojnie. Prosto z tej wieży.


Kościół pw św Józefa Oblubieńca w Wałbrzychu


o krok od szlaku czyli w te i nazad w Karkonoszach

Ile trzeba, żeby niedzielna wycieczka przerodziła się w tragedię? Okazuje się, że bardzo niewiele. Trochę nieuwagi, uporu, zbytniej rutyny… a potem czas zaczyna biec bardzo szybko. Zaczynają się nerwy. Kolejny raz okazuje się, że największym niebezpieczeństwem jesteśmy sami dla siebie.

Poza tym było bardzo miło… Przekroczyliśmy Karkonosze w poprzek – ze strony czeskiej na polską i odwrotnie. Bardzo miło zdziwiło mnie schronisko Pod Łabskim Szczytem.. Schludne pokoje, BARDZO MIŁA pani… Jak dotąt plasuje się wysoko w rankingu sudeckich schronisk turystycznych… W kategorii MEGA SYF nieodmiennie prowadzi Schronisko pod Śnieżnikiem i Dom Śląski na równi pod Śnieżką.


Konno dookoła Wałbrzycha, czyli Na Wierchu

Tak naprawdę nikt nie wie jak to miejsce się nazywa. Na szczycie pagórka stoi potrącony przez rydwan czasu słupek triangulacyjny. Wzgórze Wierchem nazwali koniarze, kórzy upodobali sobie je ze względu na łatwy dojazd, przepiękny widok na Chełmiec i Trójgarb. Ze szczytu można podziwiać panoramę całego Pogórza Wałbrzyskiego. Nie prowadzi na nie żadna oznakowana ścieżka turystyczna. Trafić tam można przekraczając stary nasyp kolejowy i wspinając się dalej na zachód. (479 m n.p.m.)


Ta ostatnia, letnia, niedziela…

A był wrzesień, pogoda prześliczna
wszystko w złocie trwało i w zieleni.
Prócz staruszków nikt chyba nie myślał
o mającej nastąpić jesieni… 

Być może to już ostatnia tak ciepła niedziela tego roku. W końcu pojutrze już październik… ale dziś jeszcze było jak latem… 


Zagórze Śląskie


Pasterka

Do Pasterki można dojechać tylko od jednej strony. Dalej droga kończy się na czeskiej granicy, gdzieś w lesie. Zresztą słowo DROGA wydaje się być mocno na wyrost. To raczej dukt leśny zalany asfaltem. Schronisko turystyczne, agroturystyka, kilka chałup, kościół i stary, niemiecki cmentarz… Przy drodze słupy telefoniczne z 1933 roku. Za kilka lat Pasterka zniknie w zalewie tandety, zgiełku i gwaru – milion turystów dziennie zdepta ciszę i spokój grubą podeszwą trekingowych butów najnowszej generacji. Dziś jeszcze, na szczęście, w sobotni ranek gospodarz prowadzący krowy gdzieś na pastwisko drapie się bezmyślnie po obszarpanych gaciach i odgania muchy natrętnie bzykające koło ucha, a na cmentarzu, koło kościoła, czas ciągle płynie tak samo leniwie, jak sto lat temu.


Zimowy wyjazd na Śnieżkę

                              Taka była pogoda   |   Tak sie bawiliśmy

Miało być słońce. Miały być lekkie chmurki… miał być przecudny wschód słońca u podnóża Świętej Góry Śląskiej. Tyle accuweather.com. Już kiedy dojeżdżaliśmy do przełęczy Okraj czułem, że coś jest nie w porzadku. Może dlatego, że przedzieraliśmy się przez chmury, a widoczność spadła do półtora metra? A może dlatego, że pogoda pozbawiła mnie jedynego argumentu, którym przekonywałem współtowarzyszy podróży do zerwania się skoro świt i gnania bez opamiętania w zimowe Karkonosze?

Wielkie podziękowania „Ekipie śnieżnikowej” za cynk o spotkaniu.

Przy okazji. Jeśłi ktoś planuje nocleg w schronisku Dom Śląski na Równi pod Śnieżką – odradzam. Schroniska bardziej parchatego, syfiastego, pełnego gburowatych pracowników, gdzie podają piwo grzane w samowarze, w którym przez cały dzień podgrzewano zupę jarzynową, nie widziałem już dawno.


Praski poranek – dla tych, którzy nie byli choć być powinni…

Zobacz galerię

Miejski poranek, pusty przystanek
za chwilę zabrzmi tu gwar…
koty się gonią, butelki dzwonią,
mleko przywieźli juz…

za chwilę szpetnie ciszę rozetnie
tramwajów łomot i trzask
Na razie mgiełka – watka, perełka,
puchaty miejski brzask….

Praga najpiękniejsza jest o świcie. Warto zwlec się z łóżka o 3 rano, żeby dojechać tam o wschodzie słońca. Słyszeć pokrzykiwania kelnerów rozstawiających stoliki w ulicznych kafejkach, otwierane, skrzypiące żaluzje sklepowe, przekupki rozstawiające kramy z tandetnymi pamiątkami. Tylko bladym świtem rybacy wypływają na pachnącą mułem Wełtawę, nie pociętą jeszcze śrubami statków wycieczkowych, wijących się jak gigantyczne węże morskie pod miejskimi mostami.

Styczniowa Praga żyje w zwolnionym tempie. Patrząc pod nogi można zobaczyć bruk i ulicę, a nie stopy milionowego potoku turystów, płynącego nieprzerwanie od lata do jesieni. Gorący grog na Malej Stranie, szybka bułka z kiełbaską lub kotletem z kurczaka kupiona w ulicznej budce na Vaclawiaku… Zimą Praga przestaje być kosmopolityczna… jest po prostu praska.


Morda w… tort czyli tortowa nawalanka

Zobacz galerię

Czas nastał nijaki… ni to zima, no to jesień… pracy dużo, chęci i pomysłów na fotografowanie sporo, tylko czasu jak na lekarstwo… słońce wstaje i zaraz zachodzi, po ciemku ślepy jestem jak kret…

Wygrzebałem gdzieś ze środka dysku fotki z imprezy, o których prawie zapomniałem. Impreza była przednia. Zasady bitwy były banalnie proste – wal cistem i bitą śmietaną, każdego, kto znajdzie sią za płotem. aaa.. i nie strzelać do pianisty… Zabawa miała miejsce sierpniu, w Lubomierzu, podczas Festiwalu Komedii Polskich 2007.


Eckersdorf


Zobacz pełną galerię.

Do czworaków przywykli jak do pięknych domów
Ci, co przyszli na wasze, jeszcze ciepłe miejsca…
Pijąc kłócą się, kłócąc – nie ufają nikomu
W nocy gardła pełne piekącego szczęścia…
Narzekać, nienawidzieć, kląć na ekonomów…"

Jest dużą, łańcuchową wsią, ciągnącą się około trzech kilometrów wzdłuż Bożkowskiego Potoku. Niegdyś perła ogromnych posiadłości rodziny von Magnis.
Majątek Eckersdorf stanowił ich własność już od XVIII wieku i został zdobyty dzięki koligacjom rodzinnym. Johann Georg von Magnis, właściciel dóbr na Morawach, dostał go wraz z ręką Marii Franciszki von Goetzen. To był korzystny mariaż. Magnisowie umieli zarabiać pieniądze. Wydawać też.

Zarabiali na rolnictwie. To oni założyli w 1797 roku nowoczesną owczarnię liczącą dziesięć tysięcy sztuk zwierząt (z sukcesem krzyżowali rasy węgierskie, hiszpańskie i tyrolskie), pierwsi na Dolnym Śląsku zaczęli uprawiać rzepak, zbudowali olejarnię i cukrownię. No i wystawili imponujący pałac. Do dzisiaj robi wrażenie.

Został wybudowany w 1877, po spaleniu poprzedniej rezydencji. Otaczał go piękny park z pływalnią. Nie zabrakło oranżerii, bażanciarni i stawu, do którego przed wizytą królowej Prus Luizy wpuszczono złote rybki. W środku też było wszystko na wysoki połysk: meble z Wenecji, galeria rodowych portretów, miedzioryty, cenna broń. Ale żeby od razu chować tu muzealne skarby? Bez przesady. Już prędzej najnowszy siewnik albo młockarnię. Ostatecznie na ścianie magazynu zbożowego (sic!) umieszczono cytat z Cycerona, sławiący rolnictwo, z którym nic równać się nie może. A jednak okazało się inaczej.

Dalej to historia jak z powieści sensacyjnej, ale pozbawionej ostatniego rozdziału. Na razie składa się z samych zagadek. Zaczyna się w połowie lat 40., kiedy to Gunther Grundmann, konserwator zabytków Prowincji Dolnośląskiej, rozpoczął akcję zabezpieczania cennych dzieł sztuki przed wojennymi zniszczeniami. Lista zrobionych przez niego skrytek jest obowiązkową lekturą poszukiwaczy skarbów.

W piwnicach pałaców, klasztornych lochach, położonych na uboczu plebaniach i sztolniach Günter Grundman umieścił prawdziwe skarby: obrazy, rzeźby, numizmaty, rękopisy, starodruki, wyroby rzemiosła artystycznego, a nawet sarkofagi Piastów Śląskich. Piękne, piecowe kafle też trafiły do skrytek.

Grundmann ukrywał nie tylko kolekcje muzealne i archiwa, ale także zabytkowe wyposażenie kościołów i zbiory prywatne, dzieła śląskie, kolekcje zagrabione przez hitlerowców w Polsce oraz najcenniejsze depozyty ze zbiorów berlińskich. Wydawało się, że na Dolnym Śląsku będą najbezpieczniejsze. Wojna długo tu nie docierała. Stolica regionu dopiero w sierpniu 1944 roku została ogłoszona twierdzą, a pierwsze sowieckie samoloty pojawiły się nad Festung Breslau dwa miesiące później.

Wiemy, że Grundmann przygotował co najmniej osiemdziesiąt tajnych skrytek, z których tylko cztery znalazły się po wojnie na terytorium Niemiec. Ich zaszyfrowany spis odnaleziono latem 1945 roku w prowizorycznej kancelarii konserwatora. Na liście Grundmanna figurował Eckersdorf, dziś Bożków koło Nowej Rudy…


Śnieżnik – taka zima choć jesień…

                       Taka była pogoda… | A tak się bawiliśmy…

Październikowy weekend wyborczy spędziliśmy razem z Dorotą i Danielem na zasypanym śniegiem Śnieżniku. Pojechaliśmy tam bezrozumnie szukać jesieni… Pytanie po co??? Przecież sama nazwa (Śnieżnik) wskazuje, że szanse na odnalezienie tam innej pory roku niż zima są raczej mierne. Niemcy, kiedy bydowali tam schronisko w formie termosu, o podwójnych ścianach i skośnym, wielospadowym dachu, nie zrobili tego, bo akurat mieli nadwyżkę materiałów budowalnych… Śnieg na Śnieżniku wydaje się być czymś tak oczywistym, jak krosty na tyłku po wizycie w toalecie w pociągu relacji Jelenia Góra – Wrocław.

Wieczór w schronisku spędziliśmy wsród tańców, hulanek i swawoli, trwających do białego rana. Było wino, gitary i śpiew… w dowolnej kolejności. Nie udało się odszukać jesieni, ale że w przyrodzie równowaga musi być zachowana, w zamian znalazło się doskonałe towarzystwo ludzi zupełnie obcych, pierwszy raz na oczy widzianych. A że zawsze ktoś gdzieś kończy ileś-tam-lat, to udało nam się znaleźć w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu. Dzięki temu byliśmy świadkami hucznej imprezy zorganizowanej ku czci Szanownej Jubilatki. Była oskarowa gala, wręczanie statuetki, bimberek, cytrynówka, piwo, żołądkowa gorzka. Byli bracia Czesi i pechowiec Ogórek. Były gitarry, śpiewy, mruczanki. Po raz kolejny też potwierdziła się moja teoria, że szanty najchętniej śpiewane są przez turystów w górach… zupełnie jak piosenki górskie na Mazurach.


Transylwania

Zobacz pełną galerię.

Ty Rumunie… dziś już wiem, że takie zawołanie zdecydowanie nie należy do obelg. I to bardziej porównanie do Polaka powinno obrazić Rumuna, niż odwrotnie.

Wyprawa do Transylwanii miała być podróżą w czasie – podróżą do miejsc, gdzie czas zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu. Naczytawszy sie Stasiuka wyobrażałem sobie Transylwanię jako krainę dziką i leniwą, pełna miasteczek z drewnianym brukiem i innych tego rodzaju romantycznych bzdur… Błąd – Rumunia to centrum współczesnej Europy. Epicentrum turystyczne. Po wejściu Rumunii do UE nastąpiła implozja, która zasysa coraz większe rzesze i tłumy wytrzeszczających ze zdziwienia gały Europejczyków i Amerykanów.


Kościół i kaplica klauzurowa sióstr Benedyktynek w Lubomierzu

Lubomierz znałem przede wszystkim, a raczej jedynie, jako miejsce, w którym Witia wierzchem na kotie jechał.. czyli plan filmu Sami Swoi. Tu, co roku, odbywa się też festiwal komedii polskich pod taka sama nazwą. Pojechałem tam pierwszy raz i festiwal stał sie tłem, czymś nie wartym uwagi w obliczu kilkunastu minut spędzonych w kościele, wchodzącym w skład zabudowań klasztornych zakonu Benedyktynek. Sam kościół nie zrobił na mnie tak wielkiego i porażającego wrażenia jak kaplica klauzurowa, znajdująca sie za ołtarzem, na piętrze.

Zespół budynków klasztoru sióstr Benedyktynek składa się z kompleksu zabudowań samego klasztoru oraz kościoła, a także z budynków służebnych stanowiących imponujący i zwarty kompleks budynków, pomimo nierozerwalnej ciągłości poszczególnych skrzydeł dobrze od zewnątrz czytelny. Wnętrze kościoła obfituje w szereg zabytków sztuki, są to min: malowidła sklepienne występujące na wszystkich polach, wykonane metodą freskową przez jednego z najwybitniejszych malarzy barokowego Śląska Jerzego, Wilhelma Neunhertza. Sklepienie prezbiterium otrzymało inny typ dekoracji, plastycznie wypracowanej w stiuku. Ołtarz główny jest dziełem nieznanego autora.



Za ołtarzem głównym znajduje się kaplica klauzurowa z ołtarzem i bogatym wystrojem rokokowym. Zakonnice nie mogły uczestniczyć we mszach odprawianych w kosciele. Z tego to właśnie powodu wybudowano dla nich, za ołtarzem głównym, na pięterku, kaplicę, do której dostęp miały tylko i wyłącznie one. Od kościoła odddzielały ją stalowe drzwi z małym, kwadratowym okienkiem, jedynym łącznikiem ze światem realnym, przez które kobiety przyjmowały komunię świętą.

Kaplica robi niesamowite wrażenie. Z jednej strony doskonale słychać z niej wszystko co się dzieje na dole w kościele, z drugiej – jest jak enklawa, wyspa ciszy i spokoju odcięta od świata wąskimi schodkami i potężnymi, stalowymi wrotami. Jest jak magnes. Przyciąga, sprawia, że nie chce się stamtąd wychodzić. A kiedy już wyszedłem i zalał mnie tłum oszalałych ludzi, wiedziałem, że nigdzie już nie będzie tak cicho i spokojnie, jak tam.







Budapeszt

Po wyjeździe z Transylwanii, nieutuleni w żalu, wraz z moimi towarzyszami podróży, postanowiliśmy utopić smutki w strumieniach tokaju, które spodziewaliśmy się odnaleść na Węgrzech… W tym celu skorumpowaliśmy madziarskiego konduktora, który przewiózł nas przez granice za jedyne 5 eurasów, za to pociągiem z klimatyzacją, dywanami, do którego wstyd było mi wejść, a jeszcze bardziej żal było wychodzić. Bracia Węgrzy okazali się jednak mało gościnni, a modry Dunaj okazał się być jedynym strumieniem, jaki można było znaleźć w Budapeszcie…. Tokaj może i był, ale nas zdecydowanie na niego nie było stać. Koszmarnie drogi, wprost proporcjonalnie brudny, Budapeszt okazał sie być mega wysysaczem kasy…. Zadowoliliśmy sie więc skromnym browcem na deptaku vis a vis Parlamentu, od którego oddzielał nas rów, w którym płynęła mętna ciecz, nazywana Dunaj… Myśle jednak, że to nie był Dunaj, bo żaden Dunaj na świecie nie może śmierdzieć tak bardzo, jak to coś, co tam płynęło…

Kiedy już odwiedziliśmy wszystkie miejsca, w których Kania, Hudej, Benedek i Haber balowali i przygody romantyczne przeżywali (poza kilkoma burdelami, których, mimo ciężkich poszukiwań i wielu prób nie udało nam się zlokalizować), rozstaliśmy się. Kaśka i Wojtek pojechali do Warszawy przez Kraków, my z Danielem wyruszyliśmy, niczym dzielni zbiedzy Szatolohulohej, bratysławskim szlakiem, do Polski.

Po 7 (słownie siedmiu) przesiadkach i nocy spędzonej na brneńskim trawniku, przetarliśmy drogę do Polski z Budapesztu, za jedyne 63 złote polskie. Trochę do życzenia pozostawia czas podróży i ilość przesiadek, ale to są detale.. (:



















Miedzianka – miasto widmo

„…dwór stoi jak stał,
siedlisko wróbli i kukułek,
chociaż plotka i wróżba przyszłoś jakąś tu stwarza
w zmatowiałych salonach, gdzie się niegdyś snuły
karmione pamięcią duchy przodków gospodarza…”
J. Kaczmarski – „Ballada Feudalna”

Często zadaję sobie pytanie „Czy Bóg istnieje?”. Jakiejkolwiek jednak odpowiedzi udzieliłbym samemu sobie, jedno jest pewne: zapomniał o Miedziance. Niewiarygodne, że w ciągu 50 lat, w okresie wolnym od wojen, tętniące miasto życiem może zniknąć z powierzchni ziemi.

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miasto nazywane przed 1945 r. Kupferberg (Koppferberg). W okresie międzywojennym mówiono o nim, iż jest to jedno z trzech najwyżej położonych, zarazem najmniejsze miasto na Śląsku.

Zdjęcia archiwalne: www.merzdorf-im-riesengebirge.de oraz wroclaw.hydral.com.pl

Zdjęcia archiwalne: www.merzdorf-im-riesengebirge.de oraz wroclaw.hydral.com.pl

Zdjęcia archiwalne: www.merzdorf-im-riesengebirge.de oraz wroclaw.hydral.com.pl

Zdjęcia archiwalne: www.merzdorf-im-riesengebirge.de oraz wroclaw.hydral.com.pl

Dziś po świetności Miedzianki nie pozostał nawet ślad. Kilka chałup, zbyt duży, jak na kilkudziesięciu mieszkańców kościół i jedyny ocalały grób ostatniego pastora Miedzianki – to wszystko. Przy wjeździe do miasta straszą pozostałości starego browaru… Kilka domów i kościół położone na wysokości 470 – 530 m.n.p.m. Otoczone hałdami i wyrobiskami, pozostałością po pracach górniczych o 700-letniej historii. A jeszcze 60 lat temu było to jedno z najpiękniejszych śląskich miast.

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Przedzierając się przez pozarastane krzakami i zielskiem pagórki trudno uwierzyć, że miasto miało rynek, ratusz, sklepy, piekarnię…

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

miedzianka-3

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych

Miedzianka. (niem. Kupfberg), październik 2006. fot. Jacek Zych


Praga – tłumna i krzykliwa

Praha

Wycieczka do Pragi wyjątkowo udana. Poza doznaniami natury duchowej, zostawila po sobie trwalą niechęć do amrykańskiego żarcia, a raczej przybytku, w którym to żarcie serwują. Za 2 zestawy Big Mac i jedną sałatkę zapłaciliśmy 435 koron – czyli pieprzone 60 złotych polskich. To, że nie dostałem zawału serca, kiedy zobaczyłem rachunek to cud. Inaczej sie nie da tego wyjaśnić.

















Praga inaczej

Praga troche inaczej