Posts in Category: Travel

Ogień pod kotłem

Kiedyś byli elitą kolejarzy. Przed wojną według pociągów, które prowadzili, regulowano zegarki. Dwadzieścia lat temu zagasili ostatni parowóz i już nikomu niepotrzebni, zapomniani odeszli na emeryturę lub do innych zajęć. Dziś znów palą ogień pod kotłem, znów ze świstem, w obłokach pary ruszają z peronu. W Jaworzynie Śląskiej na Dolnym Śląsku ruszył pierwszy w regionie pociąg retro. Lokomotywa TKt 48 i dwa wagony z 1920 roku kursują co weekend na trasie Jaworzyna Śląska – Świdnica i z powrotem.

Pierwszy po 20 latach kurs zabytkowego pociągu ciągniętego przez lokomotywę na trasie Jaworzyna Śląska-Świdnica–Jaworzyna Śląska. Fot. czerwiec 2015, Jacek Zych

Pierwszy po 20 latach kurs zabytkowego pociągu ciągniętego przez lokomotywę na trasie Jaworzyna Śląska-Świdnica–Jaworzyna Śląska. Fot. czerwiec 2015, Jacek Zych


Kraków (3 fot.)

Lubię na moment wybrać się do dużego miasta. Pełno w nich kolorowych ludzi składających się na fantastyczne sytuacje i scenki rodzajowe. Podczas dzisiejszego przedpołudniowego spaceru po krakowskim rynku zdecydowanie nie do przebicia był „ptasiek”, czyli na wpół trzeźwy przyjaciel gołębi. Przechadzał się przed sukiennicami z wielkim foliowym worem owsa, który pewnie podprowadził fiakrom parkującym nieopodal dorożki i karmił tym ziarnem latające obesrańce. Przy okazji co drugiemu turyście wepchnął w garść trochę ziarenek. Tu pobajerzył, tam pogawędził i o 10 rano był już na całkiem konkretnej bani, pijąc oczywiście za zdrowie i kasę turystów.

Mężczyzna z siatką pełną ziarna dla gołębi pomaga kobiecie fotografującej ptaki na krakowskim rynku. Kraków, marzec 2015. Fot. Jacek Zych

Mężczyzna z siatką pełną ziarna dla gołębi pomaga kobiecie fotografującej ptaki na krakowskim rynku. Kraków, marzec 2015. Fot. Jacek Zych


Mazury

Cisza. Spokój. Puste knajpy. Dobre jedzenie, pyszne ryby. Oto pierwsze skojarzenia, jakie przychodzą mi do głowy, kiedy mam opowiedzieć o tym, co spotkało mnie w malutkim miasteczku Ryn na Mazurach. Początek września zachwycił pogodą i zaskoczył spokojem – zupełny brak turystów, poza kilkoma łódkami w marinie, poza jedną wycieczką emerytowanych faszystów. Polubiłem… chętnie przyjechałbym tu na dni kilka – na rower – pokręcić się po okolicy. Chyba warto.

Jezioro Ryn. Ryn, wrzesień 2014. fot. Jacek Zych

Jezioro Ryn. Ryn, wrzesień 2014. fot. Jacek Zych


Rzygi wielkoformatowe

Jedna wielka kolorowa kupa. Żeby nie powiedzieć gorzej. Kiedy w końcu ktoś zrobi porządek z tym badziewiem wieszanym na murach, płotach, fasadach, zasłaniającym całe miasta. Warszawa zginęła pod siatkami, banerami i reklamą wielkoformatową. Haft. Rzygi.

Skrzyżowanie ul. Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich z okna hotelu Metropol. Warszawa, wrzesień 2014. fot. Jacek Zych

Skrzyżowanie ul. Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich z okna hotelu Metropol. Warszawa, wrzesień 2014. fot. Jacek Zych


Wodospad Podgórnej

Wodospad Podgórnej – to trzeci pod względem wysokości, po Szklarce i Kamieńczyku, wodospad w polskiej części Karkonoszy. Wody potoku Podgórna spadają z 10-metrowego progu skalnego dwiema kaskadami. Dawniej, za Niemca, poniżej wodospadu usytuowana była gospoda. Dziś pozostało po niej jedynie wspomnienie i smętna buda z pamiątkami…

Wodospad Podgórnej, Przesieka

Wodospad Podgórnej, Przesieka


Szrenica

Schronisko na Szrenicy, zbudowane w niecałe półtora roku (od października 1921 do grudnia 1922 roku), wielokrotnie modernizowane, porzucane, spalone i odbudowane na nowo... Dumnie górujące nad zachodnią częścią Karkonoszy, zdające się być wrośnięte w granitową platformę z jakiej zbudowany jest szczyt.

Schronisko na Szrenicy, zbudowane w niecałe półtora roku (od października 1921 do grudnia 1922 roku), wielokrotnie modernizowane, porzucane, spalone i odbudowane na nowo… Dumnie górujące nad zachodnią częścią Karkonoszy, zdające się być wrośnięte w granitową platformę z jakiej zbudowany jest szczyt.


Der Damm czyli tama i most w Zagórzu Śląskim

Jezioro Bystrzyckie. Sztuczny zbiornik powstały w wyniku spiętrzenia rzeki Bystrzycy przez zaporę w Zagórzu. Zbiornik gromadzi do 8 mln m³ wody. Jezioro ma ok. 3,3 km długości przy szerokości nie przekraczającej średnio 200 m (w najszerszym miejscu ok. 480 m).

Jezioro Bystrzyckie. Sztuczny zbiornik powstały w wyniku spiętrzenia rzeki Bystrzycy przez zaporę w Zagórzu. Zbiornik gromadzi do 8 mln m³ wody. Jezioro ma ok. 3,3 km długości przy szerokości nie przekraczającej średnio 200 m (w najszerszym miejscu ok. 480 m).

Unikatowy w skali kraju most wiszący łączący dwa brzegi Jeziora Bystrzyckiego. Obecnie zamknięty i przeznaczony do likwidacji.

Unikatowy w skali kraju most wiszący łączący dwa brzegi Jeziora Bystrzyckiego. Obecnie zamknięty i przeznaczony do likwidacji.

Przejście zamknięto z powodu fatalnego stanu technicznego mostu.

Przejście zamknięto z powodu fatalnego stanu technicznego mostu.

Zapora wodna zbudowana w latach 1911-1914 na Jeziorze Bystrzyckim stanowi zabytek techniki. Wymiary zapory to 44 m wysokości i 230 m długości. Zapora posiada 10 stałych otworów przelewowych, cztery upusty ulgi oraz 2 upusty denne o łącznej zdolności przepuszczania wody przez stopień w ilości 318 m³/sek. Poniżej zapory powstała także hydroelektrownia.

Zapora wodna zbudowana w latach 1911-1914 na Jeziorze Bystrzyckim stanowi zabytek techniki. Wymiary zapory to 44 m wysokości i 230 m długości. Zapora posiada 10 stałych otworów przelewowych, cztery upusty ulgi oraz 2 upusty denne o łącznej zdolności przepuszczania wody przez stopień w ilości 318 m³/sek. Poniżej zapory powstała także hydroelektrownia.


Rowerowy szlak cystersów

Przed II wojną światową Chełmsko Śląskie było popularnym letniskiem, działało kilka gospód i hotelików, a miasteczko cieszyło się sławą pięknego, malowniczego barokowego cacka. Ruch turystyczny był dość znaczny, gdyż miejscowość leżała na uczęszczanej trasie pomiędzy Kamienną Górą, Krzeszowem i czeskim Adrspachem. W 1945 z nieznanych powodów Chełmsko utraciło prawa miejskie, stając się wsią gminną, potem gromadzką. W 1957 r. uzyskało status osiedla, który utraciło w wyniku reformy administracyjnej w 1973 r.

Przed II wojną światową Chełmsko Śląskie było popularnym letniskiem, działało kilka gospód i hotelików, a miasteczko cieszyło się sławą pięknego, malowniczego barokowego cacka. Ruch turystyczny był dość znaczny, gdyż miejscowość leżała na uczęszczanej trasie pomiędzy Kamienną Górą, Krzeszowem i czeskim Adrspachem. W 1945 z nieznanych powodów Chełmsko utraciło prawa miejskie, stając się wsią gminną, potem gromadzką. W 1957 r. uzyskało status osiedla, który utraciło w wyniku reformy administracyjnej w 1973 r.

W domkach do dziś mieszkają osoby prywatne. W jednym z nich mieści się Kawiarnia u Apostoła, w której zostaniemy uraczeni wyśmienitą „Bombą Apostołów” (koniecznie!) i barwną opowieścią o Chełmsku i jego historii i zabytkach. Właściciel kawiarenki przyjmuje w oryginalnym lnianym stroju, jest urodzonym gawędziarzem, a swoje opowieści okrasza starymi pocztówkami z Chełmska, których posiada naprawdę pokaźną kolekcję. Na miejscu znajduje się również niewielki sklepik z pamiątkami (lniane, drewniane wyroby, rękodzieło) i wyrobami lnianymi.

W domkach do dziś mieszkają osoby prywatne. W jednym z nich mieści się Kawiarnia u Apostoła, w której zostaniemy uraczeni wyśmienitą „Bombą Apostołów” (koniecznie!) i barwną opowieścią o Chełmsku i jego historii i zabytkach. Właściciel kawiarenki przyjmuje w oryginalnym lnianym stroju, jest urodzonym gawędziarzem, a swoje opowieści okrasza starymi pocztówkami z Chełmska, których posiada naprawdę pokaźną kolekcję. Na miejscu znajduje się również niewielki sklepik z pamiątkami (lniane, drewniane wyroby, rękodzieło) i wyrobami lnianymi.

Letni domek na wodzie opatów krzeszowskich (zwany potocznie Betlejem) służył opatom jako miejsce medytacyjne. Postawiony na palach został zbudowany ok 1674 roku. Na jego ścianach oraz suficie możemy podziwiać olejne obrazy powstałe w II połowie XVII wieku.

Letni domek na wodzie opatów krzeszowskich (zwany potocznie Betlejem) służył opatom jako miejsce medytacyjne. Postawiony na palach został zbudowany ok 1674 roku. Na jego ścianach oraz suficie możemy podziwiać olejne obrazy powstałe w II połowie XVII wieku.

Zabytkowa zabudowa rynku z XVII, XVIII w.

Zabytkowa zabudowa rynku z XVII, XVIII w.

Bezcenne, jedyne w Polsce Domy Tkaczy Śląskich – 11 domków podcieniowych (zwanych 11 Apostołami) postawionych w XVIII wieku nad rzeką, aby tkacze mogli bezpośrednio z niej korzystać. Był również 12 domek, zwany Judaszem, ale spłoną (lub został rozebrany, jak podają inne źródła), ponownie postawiony, również uległ zniszczeniu. Obok 11 Apostołów były również kiedyś 4 domy podcieniowe, zwane 4 Ewangelistami i 7 Braci.

Bezcenne, jedyne w Polsce Domy Tkaczy Śląskich – 11 domków podcieniowych (zwanych 11 Apostołami) postawionych w XVIII wieku nad rzeką, aby tkacze mogli bezpośrednio z niej korzystać. Był również 12 domek, zwany Judaszem, ale spłoną (lub został rozebrany, jak podają inne źródła), ponownie postawiony, również uległ zniszczeniu. Obok 11 Apostołów były również kiedyś 4 domy podcieniowe, zwane 4 Ewangelistami i 7 Braci.

Rynek i XVIII wieczne kamienice z sukiennicami.

Rynek i XVIII wieczne kamienice z sukiennicami.

W roku 1242 Anna Przemyślidka, wdowa po Henryku II Pobożnym założyła w Krzeszowie parafię benedyktyńską i sprowadziła benedyktynów z Opatowic. Z niewiadomych przyczyn benedyktyni opuścili Krzeszów w roku 1289. Bolko I Surowy ustanowił w 1292 nową fundację dla cystersów, nadając mu 14 wsi i miasto Lubawka. Sprowadził mnichów z Henrykowa.

W roku 1242 Anna Przemyślidka, wdowa po Henryku II Pobożnym założyła w Krzeszowie parafię benedyktyńską i sprowadziła benedyktynów z Opatowic. Z niewiadomych przyczyn benedyktyni opuścili Krzeszów w roku 1289. Bolko I Surowy ustanowił w 1292 nową fundację dla cystersów, nadając mu 14 wsi i miasto Lubawka. Sprowadził mnichów z Henrykowa.

Barokowy posąg Jana Nepomucena z aniołkami na pochyłym rynku. Wykonany w XVIII wieku Jan stoi na kłębowisku chmurek, a na plecach dosłownie siedzi mu aniołek, który ponad ramieniem Jana ukazuje mu krucyfiks do adoracji. Cokół dwukondygnacyjny, górna część zdobiona spływami wolutowymi. Na dolnym kartuszu data 1855.

Barokowy posąg Jana Nepomucena z aniołkami na pochyłym rynku. Wykonany w XVIII wieku Jan stoi na kłębowisku chmurek, a na plecach dosłownie siedzi mu aniołek, który ponad ramieniem Jana ukazuje mu krucyfiks do adoracji. Cokół dwukondygnacyjny, górna część zdobiona spływami wolutowymi. Na dolnym kartuszu data 1855.

Dziś Cały kompleks składa się z: kościoła klasztornego, klasztoru, ogrodu, kościoła bractwa św. Józefa, domu gościnnego opata oraz budynków pomocniczych. Pierwszy powstał romański kościół, który został wzniesiony w końcu XII wieku i poświęcony w roku 1292, gdy przybyli do niego pierwsi zakonnicy. Obecny barokowy kościół projektowali architekci z kręgu Kiliana Ignaca Dientzenhofera w latach 1728-1735. Fasadę o dwu wieżach projektował Ferdynand Maksymilian Brokoff.

Dziś Cały kompleks składa się z: kościoła klasztornego, klasztoru, ogrodu, kościoła bractwa św. Józefa, domu gościnnego opata oraz budynków pomocniczych. Pierwszy powstał romański kościół, który został wzniesiony w końcu XII wieku i poświęcony w roku 1292, gdy przybyli do niego pierwsi zakonnicy. Obecny barokowy kościół projektowali architekci z kręgu Kiliana Ignaca Dientzenhofera w latach 1728-1735. Fasadę o dwu wieżach projektował Ferdynand Maksymilian Brokoff.

Z cyklu „cudowne dziecko dwoch pedałow” – rowerowo po Dolnym Śląsku 🙂 Miła (do czasu) trasa „cysterska” okazała się być mało męczącą, prowadzącą głównie asfaltowymi, bocznymi drogami wycieczką szlakiem zakonu cystersów. Oczywiście, żeby tradycji stało się za dość, pomyliłem rozjazdy, w Krzeszowie jadąc prosto na Chełmsko zamiast w lewo na Mieroszów, skracając sobie niechcący trasę o jakieś 15 km, jednocześnie jednak omijając Krzeszówek… no trudno…

Gdyby nie domy tkaczy, nikt by dzisiaj nie pamiętał o dawnym Schömbergu. Z dala od głównych dróg, niewiele ponad 2 tysiące mieszkańców, wieś, która nie jest nawet siedzibą gminy.  Najbliżej stąd do Lubawki (ale kto wie, co to Lubawka?), trochę dalej do Krzeszowa (to już miejsce bardziej znane i rozpoznawalne), z którym Chełmsko, wtedy Schömberg, było związane od średniowiecza do roku 1810 (miasteczko należało do krzeszowskich cystersów). Dalej  – Kamienna Góra, jeszcze dalej Wałbrzych.

Kiedy dziś spaceruje się po Chełmsku, trudno uwierzyć, że na początku XX wieku było to popularne letnisko, były gospody i pensjonaty. Trudno też uwierzyć, że wtedy Chełmsko  leżało przy  uczęszczanej trasie, pomiędzy Kamienną Górą, Krzeszowem i czeskim Adrspachem.


Paprica expedition 2013 – czyli rowerem z Wałbrzycha nad Balaton

Moja rowerowa wycieczka do ziemi węgierskiej skończyła sie, zanim się na dobre zaczęła. W 5 dni przejechałem 510 km. Pokonał mnie upał, słońce i brak wody. Do granicy węgierskiej zabrakło mi 40 km.

Swoją podróż rozpocząłem na granicy polsko-czeskiej w Mezimesti. Po przejechaniu dwóch kilometrów pierwszy podjazd na broumovskie wzgórza niedaleko Police n/Metui pokazał, jak bardzo jazda rowerem obładowanym sakwami różni się od jazdy „na pusto”. Zlany potem zacząłem wątpić w sukces i sens  przedsięwzięcia. Później na trasie było wiele równie morderczych wzniesień, ale to pierwsze szczególnie dało mi się we znaki.

Březová nad Svitavou – widok z otaczających miasto wzgórz

Pierwszego dnia nocleg zaplanowałem w miejscosci Rychnov, do którego trasę wyznaczylem bocznymi drogami przez miasteczka, które urzekają schludną, „klockową” zabudową. Północne Czechy nie są piękne, jednak bardzo różnią się od naszych polskich, przygranicznych wsi.

Trasa zaplanowałem jako tranzyt, a nie turystyczno-krajoznawczą. Starałem się wyszukiwać na mapie sieć najkrótszych dróg prowadzących bez zbędnego błądzenia w stronę Brna. Nie skupiałem się nad zabytkami i atrakcjami. Przez kilka następnych dni miałem się dobitnie przekonać, że omijanie głównych dróg i prostowanie tego, co już wyprostowane, nie zawsze się opłaca.

Podróżowałem po Czechach zaściankowych i nieturystycznych, wzbudzając ciekawość i zainteresowanie kiedy obładowany przejeżdżałem przez wieś oraz politowanie i pobłażliwe uśmiechy, kiedy gdzieś przy sklepie odpowiadałem dokąd zmierzam.

Wyruszając w podróż zakładałem, że nie spiesząc się przejadę z punktu A do punktu B według zaplanowanej i wyliczonej wcześniej trasy i tam poszukam noclegu. Plan ten musiałem zweryfikować już po kilkudziesięciu kilometrach jazdy: zakładając przejechanie 75 km dziennie, nie wziąłem pod uwagę fatalnego, dramatycznego i nieprzyjaznego ludziom oznakowania dróg w Czechach. Tu za daleko pojechałem, tam skręciłem za wcześnie. Kierunkowskazy w Czechach stawiane są kilkadziesiąt metrów przed skrzyżowaniem, często zaraz za nimi pojawia się mała uliczka… niestety nie ta, w którą trzeba skręcić. Do tego dochodziło kilka kilometrów wokół zabytkowych centrów miast, dojazd do nich… W sumie do trasy wyliczonej przez google trzeba dołożyć 25% dodatkowego pedałowania.

Tak było właśnie pierwszego dnia. Przejechawszy zakładane 80 km byłem ciągle o jakieś 20 od celu podróży. Wtedy popełniłem błąd. Wybrałem krótszą, boczną, wydawałoby się przyjemniejszą drogę. Błąd. Krótsza, nie oznacza szybsza i łatwiejsza. Zamiast jak człowiek pojechać główna trasą falującą umiarkowanie pomiędzy okolicznymi wzgórzami, straciłem resztkę sił na podprowadzenie, bo na podjazd nie miałem już sił, roweru pod koszmarną górę tylko po to, żeby zaraz później z niej zjechać do miasta.

Do Rychnova dojechałem ledwo żywy. Niestety, w mieście zaznaczonym na mapie jako całkiem spore – nie było gdzie spać. Pola namiotowego brak (jak i we wszystkich miastach Czech). Był hotel. Zamknięty. Zupełnie jak w pisence Jacka Skubikowskiego „…jedyny hotel, portier i napis miejsca brak…”. Kilku zagadniętych o „autocamp” albo „taboriszte” przechodniów ze zdziwieniem przecierało oczy. Dopiero któryś z kolei rowerzysta zakrzyknął radośnie „cześć chlopaku!!” i pokierował na kemping – w miejscowości oddalonej o 18 km…
Tego dnia rozbiłem namiot na polu o wdziecznej nazwie Vochtanka, w uroczej dolnce, u stóp ruin zamku Potstein, w dolinie rzeki Usti. Nie miałem siły zachwycać się cudami natury ożywionej i nieożywionej. Wypilem dwa piwa, zjadłem kolację i poszedłem spać.

Kemp Western „Vochtanka”

Cena za pole 17 lipca 2013 roku: 75 koron (namiot, rower i ja). Piwo na polu – czarny kozel 25 koron / 0,5 l.

Dzień 2. Pobudka o 7. Pakowanie, śniadanie i w trasę. Tym razem postanowiłem być bardziej przebiegły i noclegu poszukać w informacjach turystycznych w mijanych po drodze Czeskiej Trebovej albo Switavie. Niestety, nikt nie potrafił mi podpowiedzieć gdzie w okolicach mnie interesujących znajdę miejsce do spania, straciłem za to kupę czasu na szukanie i dojazd do informacji turystycznych.

Česká Třebová – Rynek

Drugiego dnia trasa wypadła mi w całości po głównej trasie Nahod-Brno. Śmigałem po górkach i pagórkach wyzutych z emocji innych niż ta, by jakiś polski (na 100% polski) TIR nie przejechał 10 cm ode mnie. Na szczęście za wyjątkiem kilku miejsc trasa ma pobocze na tyle szerokie, żeby zmieścić bezpiecznie rowerzystę z manelami. Jedzie się wygodnie i w miarę bezpiecznie. Największe niebezpieczeństwo na trasie to TIR-y. Polskie niestety. Tylko oni próbowali wyprzedzać mnie nie zdejmując w ogóle nogi z gazu. To kierowca polskiego TIRa omal nie wciągnął mnie pod koła, wyprzedzając przy wysepce ograniczającej wjazd do miasta. W końcu to polski kierowca wyprzedzał mnie na podjeździe skręcającym w lewo!

Tego dnia znów dołożyłem 25 km na kluczenie po miastach. Miałem w nogach kolejne 105 km. Nie szukałem campingu. Poszedłem spać w małym hotelu w Boszkovicach. (Cena za dobę ze sniadaniem za pokój dwuosobowy (jedynek nie było) 620 koron. Piwo w knajpie hotelowej – gambrinus: 35 koron)

Trzeci dzień przywitał mnie znów piękną pogodą. Po szybkim śniadaniu w hotelowej knajpce wyjechałem pełen obaw o to, co mnie spotka. Bałem się gór Morawskiego Krasu i wzgórz otaczających Brno. Nie miałem ochoty na kolejne 100 km nieustannych podjazdów i zjazdów, nauczony doświadczeniami z dni poprzednich wybrałem najkrótszą trasę prowadzącą główną drogą, na wszelki wypadek zakładając możliwość poszukania noclegu w oddalonym zaledwie o 40 km od Boschkovic Brnie.

Na trasie. Okolice Morawskiego Krasu, Czechy

 

Czesi to w swej naturze bardzo pomocny naród. Kiedy przejeżający obok kierowca zobaczył mnie, stojącego na poboczu ruchliwej drogi, motającego się z mapą w rękach i obłędem w oczach szukającego sposobu na ominięcie autostradowego wjazdu do Brna, zatrzymał się i podpowiedział rozpoczynający się kilometr dalej wjazd na ścieżkę rowerowową, prowadzącą do Brna wzdłuż rzeki Switava. Ścieżka ta miała doprowadzić mnie do samego miasta. Jak się później okazało, była moim wybawieniem – i moją zgubą.

Ścieżka rowerowa nr 5 owszem, była. Znalazłem wjazd na nią poprzedzony powtarzajacymi sie znakami ostrzegajacymi kierowców o zwiększonej liczbie rowerzystów. Na tym moja wiedza na temat ścieżki się kończyła. Ani gdzie, ani skąd prowadzi, ani którędy. W tym miejscu z pomocą po raz kolejny przyszedł mi czeski rowerzysta, który nie tylko opowiedział mi o niej, ale towarzyszył aż do samego centrum Brna.

Wjazd na ścieżkę znajduje się na ok. 5km drogi łączącej Blansko z Brnem. Delikatnym łukiem mijamy wiadukt nad torami kolejowymi i po 100 metrach, vis a vis małej tamki spiętrzającej wodę na rzece Svitava, z lewej widzimy oznaczony charakterystycznym, żółtym kierunkowskazem znak. „Pietka”, jak o niej mówią Czesi, łączy Brno z Wiedniem szlakiem rowerowym. Od wjazdu pod Blanskiem aż do samego centrum Brna jedziemy trasą przypominającą wyasfaltowaną alejkę w parku – wzdłuż rzeczki, nie napotykając na swojej drodze praktycznie żadnych wzniesień. W samym mieście ścieżka nadal prowadzi nas niby bokiem, niby z dala od głównych szlakow komunikacyjnych, a jednak… Kiedy mijamy hipermarket wystarczy na kilkaset metrów zboczyć w stronę głównego skrzyżowania, potem ulicą 500 m przed siebie i… lądujemy w ścisłym centrum Brna.

Brno jak Brno – miasto jak każde inne. Duże, hałaśliwe, w remontach, upalne. Wypiłem piwo na Namesti, poleżałem na wybudowanej w centrum mini plaży i nie namyślając się wiele – ruszyłem przed siebie.

Brno – Centrum

 

Czeska „pietka” jest całkiem przyzwoicie oznakowaną drogą rowerową. Żółte znaki z numerem ścieżki, logo czegoś-tam i flagą UE, a dodatkowo z nazwą miejscowości do jakiej zdążamy funkcjonują jak normalne oznaczenie pionowe drogi, wespół z resztą znaków. Prowadzi specjalnie przygotowaną, asfaltową trasą idealnie na południe w stronę Wiednia, przez miasta, miasteczka, pola (kiedy ja jechałem kwitły słoneczniki, których były całe hektary). Im bliżej południa Czech – tym bardziej miasteczka i wsie zmieniają wygląd – stają się jeszcze ładniejsze, milsze i zachęcające do zamieszkania niż te w naszej okolicy.

Ścieżka rowerowa „5”. Morawy

 

Nie ma potrzeby obawiać się głodu czy pragnienia. W Czechach może nie być kościoła, czasem nie ma sklepu – ale w każdym miejscu gdzie mieszkają ludzie znajdzie się karczma. Restaurace albo Hospoda. Nigdy PUB. Otwarte od kiedy właściciel pokaże sie w środku. Rzadko kiedy później niż o 10. W zdecydowanej większości żelaznymi pozycjami w menu są: zupa czosnkowa (csnkova polevka, ok 30 koron) i gulasz z knedlami (magiarsky gulas, ok 70-90 koron). Czasem kupowane razem z piwem maja jeszcze niżą cenę.

Knedle z gulaszem i piwo. Tradycyjne czeskie danie.

 

Jadąc „5”, wypoczywałem, zadowolony z życia. Dojechałem do największego jeziora południowych Czech – Novomlýnské nádrže. Tu, w miejscowości Pashohlavky można rozbić namiot na porządnym polu namiotowym. Żeby zregenerować siły postanowiłem zostać tu dwa dni. Cena za namiot i człowieka z rowerem: 125 koron. Nie można płacić kartą. Na polu jest sklep, karczmy, bary, wszystko czego potrzebujemy do życia. Jedyny minus to płatne prysznice, działające na monety 10 i 20 koronowe. Przy szybkim myciu 10 w zupełności wystarczy.

Jezioro Mikulowskie. Czas na odpoczynek.

 

Jezioro Mikulowskie o świcie

 

Po dwóch dniach odpoczynku, niczym król Sobieski schodzący z włochatego tyłka królowej Marysieńki wykrzyknąłem: „Na Wiedeń, mości Panowie!” i prowadzony „szczęśliwą piątką” ruszyłem nad Dunaj. Nic nie zapowiadało się źle: na południe od Pashohlavek ścieżka oznakowana jest jeszcze lepiej niż na północ od jeziora. Prowadzi, delikatnie falując, przez morawskie winnice rozpostarte na południowych stokach iście toskańskich wzgórz. Gładziutka, wyasfaltowana, ze schronami dla rowerzystów i wielkofotmatowymi mapami opisującymi trasę i miejscowe atrakcje flory i fauny.
Skoro tak jest w Czechach, to kurcze, jak bedzie w Austrii??!!” pomyślałem czując jak serce mi rośnie.

Trasa rowerowa „5” wijąca się między winnicami w południowych Morawach

 

Mapa czeskiej części trasy rowerowej „5 / Bron–Wiedeń”

 

W ostatnim czeskim miasteczku zaopatrzyłem się w wodę, batony i jakieś orzeszki i przekroczyłem granicę. Pierwsze co się rzuca w oczy w Austrii, to zmiana oznakowania i jakość nawierzchni. Ścieżka nadal jest ścieżką, ale jej europejskość uznali chyba tylko Czesi, ponieważ po austriackiej stronie oznaczona zostaje jedynie niebieskim kwadracikiem z symbolem roweru i nr ścieżki. O UE nie ma słowa.

Zmieniła się też idea wytyczania trasy – po wyjechaniu z pierwszego (i jedynego przez jakie przejeżdżałem) przygranicznego miasta ścieżka czmychnęła w pola na dobre. Nie była już świetnie przygotowanym szlakiem rowerowym, tylko polnymi drogami omijającymi co bardziej ruchliwe szlaki komunikacyjne. Zniknęły mapy i schrony. Ścieżka jeśli nie prowadziła przez pola i żwirowe drogi, to wyprowadzała na trasy niedostępne dla aut, np przez gigantyczną farmę elektrowni wiatrowych. Wiatraki są na wzgórzach, na wzgórza trzeba wjechać. Co prawda potem lecimy w dół drogą na złamanie karku tylko po to, żeby znów zacząć mozolną wspinaczkę na kolejne, jeszcze wyższe wzgórze. Cały ten może 15 km odcinek zamknięty jest dla ruchu samochodowego, co kilkadziesiąt metrów stoją znaki AutoVerboten za wyjatkiem Fahradów. Nie ma kogo zapytać o drogę, nie ma gdzie kupić wody. Pustynia.

Wjechałem między te wiatraki nie wiedząc ani jak wysoki i męczący będzie następny podjazd, nie mając pojęcia jak daleko do najbliższego miasta, sklepu, miejsca, w którym w końcu kupię wodę. Półtoralitrowa butelka nabyta na granicy skończyła mi się już dawno, podobnie jak zapas w bidonie. Przez ostatnie 20 km jechałem w doskwierającym upale, trasą nie dającą specjalnie schronienia przed słońcem, teraz do tego doszedł ogromny wysiłek związany z pokonywaniem kolejnych wzniesień. Ostatnich kilka kilometrów już tylko podprowadzałem rower, nawet nie próbując pedałować. Pot się ze mnie lał strumieniami, mięśnie zaczęły łapać bolesne skurcze. Z pragnienia wyschły mi usta i zacząłem tracić głos. Kiedy ze szczytu kolejnego wzgórza nie dało się dostrzec osady ludzkiej, zacząłem przemyśliwać telefon pod 112 i wołanie o pomoc.

Pomoc nadeszła niespodziewanie i z najbardziej niespodziewanej strony. Nagle, wgryzieni obozowiskiem w pole kukurydzy, na samym szczycie wzgórza pojawili się ludzie. Jakieś kontenery, auta, kamera telewizyjna… Bez namysłu rzuciłem sie prosić o pomoc…

Przed niechybną śmiercią z odwodnienia uratowali mnie austriaccy archeolodzy, którzy wspólnie ze studentami – wolontariuszami prowadzili tam stanowisko odkrywkowe, wydłubując z ziemi kości krów sprzed 7 tysięcy lat. Mówili dziwnym, austriackim niemieckim, który brzmi trochę jak pomieszanie niemieckiego z węgierskim. Napoili mnie, nakarmili, uraczyli opowiesciami o tym co i po co robia i…. powiedzieli Halt! Dalej nie pojedziesz. Nie pomogły argumenty, ze do Wiednia juz tylko kawałek, ze dam sobie radę, ze kiedy mam wodę mogę spać choćby na łące. Nie, nie pojadę nigdzie i już. Germańska natura. Naradzili sie chwile i po kilku absurdalnych pomysłach typu holowanie roweru na linie za motocyklem spakowaliśmy bagaże i rower do busa, ja wylądowałem na tylnym siedzeniu motocykla i zostałem odstawiony pod eskortą do najbliższego, oddalonego o jakieś 10 min jazdy miasteczka, z którego odchodził pociąg do Wiednia. Kupili bilet, pomogli wsiąść z rowerem i bagażami, pomachali na do-zoba. Jechałem do Wiednia.

Znalezienie campingu w stolicy Austrii nie nastręczało problemu. Camping Wien Neue Donau znajduje się w samym centrum miasta, może nie nad samym Dunajem, ale w bezpośredniej bliskości naddunajskiego bulwaru rowerowego. Jego minusem może być to, że bezpośrednio graniczy z linią kolejową i autostradadą, ale któżby zwracał uwagę na szczegóły.

Mnie bardziej martwił stan mojego ciała. Wieczorem czułem się fatalnie. Nie miałem apetytu, całym ciałem targały skurcze mięśni. Zastanawiałem się czy nie przerwać lub przynajmniej nie zweryfikować planów podróży i nie zrobić w Wiedniu jednoodniowej przerwy. Decyzję postanowiłem odłożyć na rano. Wziąłem prysznic i bez kolacji poszedłem spać.

Rano czułem sie o wiele lepiej, poza tym z nadzieją patrzyłem w niebo, zasnute cieniutka warstwą chmur. Zagadnięta pani w recepcji/informacji rozwiała moje obawy – na drodze do Bratysłavy nie ma ani jednego wzniesienia, a szlak wiedzie jedną z najznakomitszych tras rowerowych w Europie – DonauWeg. Spoko, nie ma co czekać. Postanowiłem wcielić w życie ułożony naprędce, ale calkiem sensowny plan: jadę do Bratysławy, potem jeszcze tego samego dnia pociągiem do Komarna, przekraczam Dunaj i w termach zostaje na 3 dni. Zostawiam z boku Giör i zwiedzanie Węgier zaczynam od twierdz Komarno.

DunauWeg nad Dunajem to może i wiedzie, ale napewno nie na trasie do Bratysławy. Tuż za Wiedniem ścieżka ucieka w lewo, przez jakąś nieprawdopodobnie smierdzącą oczyszczalnię ścieków albo inne zakłady chemiczne, żeby chwilę później zamienić się w wysypany ubitym na beton tłuczniem nasyp kolejowy, który prowadzi prosto jak z bicza strzelił przez Łąki Dunajskie. Odcinek Wiedeń-Bratysława to prowadząca na wschód, pomiędzy rozdzielonymi dwiema ścianami lasu dróżka. W lesie żerują jakieś nieprawdopodobne ilości komarow. 50 km w słońcu, pomiędzy nimi tylko dwa miejsca, w których można kupić wodę… Dopiero na końcu, 10 km od granicy ścieżka kieruje do miasteczka Hainburg an der Donau, w którym szczęśliwie mija się hipermarket Lidl. Linia kolejowa do Bratysławy jest – niestety jedyny istniejący tor był w remoncie i pociągi nie kursowały. Tuż obok Lidla jest przystanek autobusowy, z którego co pół godziny odjeżdżają autobusy do Bratysławy, ale żaden z kierowców nie zgodził się zabrać mnie z rowerem wypakowanym gratami. Ostatnie 15 km to odcinek od starego przejścia granicznego do centrum… W pełnym słońcu, po betonie.

Jestem w Bratysławie, siedzę lewo żywy nad Dunajem starając się usunąć mroczki pojawiające sie przed oczami i zapanować na skurczami mięśni. Wiem, że coś jest bardzo nie tak. Za dużo słońca, za duży wysiłek. Mimo wszystko ruszam do stacji kolejowej, która znajduje sie w mniej wiecej połowie wysokości gigantycznego wzgórza na jakim położone jest miasto. Przejście 5 km zajmuje mi 2 i pół godziny. Docieram do stacji wyczerpany. W kasie kupuję bilet do Komarna – za 5 min odjeżdża pociąg – nie ma czasu na wodę, kupię na miejscu. Odpocznę w pociągu. Jeszcze tylko wtargać cały majdan na platformę peronu, biegiem na początek składu, do wagonu rowerowego. Siedzę. Jadę. Odpoczywam. Słyszę wszystko dziwnie, jakby z boku, jakby przez wyłączone słuchawki. Jakaś kobieta uśmiecha się do mnie dziwnie, ludzie przyglądają mi się – muszę nieźle wyglądać taki „zdojony”. Ładniutka konduktorka prosi o bilet – tak już, tylko wyjmę z plecaka, gwałtownie schylam się.. i ostatnie co pamiętam to rower upadający na mnie.

Nie straciłem zupełnie przytomności, zamroczylo mnie gwałtownie na kilka sekund. Wystarczyło, żeby obsługa pociągu wezwała pogotowie, które zabrało mnie z drugiej stacji przed Komarnem, do którego zabrakło 20 minut. Zamiast do przytulnego pokoju pod twierdzą w Komarnie trafiłem do szpitala w Dunajskiej Stredzie. Trzymali mnie tu 6 dni i 7 nocy. Podano mi w sumie 7 litrów soli fizjologicznych, 3 litry elektrolitow i 3 litry glukozy. Jest środa, 24 lipca 2013 roku. Jutro wychodzę, mam nadzieję.

W tym roku nie udało się dojechać na Węgry. Spróbuję w przyszłym. 🙂


Rowerowo przez Jurę

Powiedzmy sobie szczerze. Jura to nie Alpy, szczególnej filozofii w przejechaniu tego zakątka Polski na rowerze nie ma. Jura ma jednak w sobie coś wciągającego. Ruiny zamków i formacje skalne wyrastające nagle spośród piaszczystych łach porośniętych lasami bukowymi i sosnowymi… wolne przestrzenie, pustynie (no dobra – z nazwy jedynie tylko, bo to porośniętymi karłowatymi świerczkami albo sosenkami łachy piachu wielkości sporego boiska piłkarskiego typu Orlik…) Tak czy owak moaj wycieczka przerwana została przez deszcze i burze, które akurat w tym okresie postanowiły przetoczyć się nad Jurą i Górnym   Śląskiem. I o tyle, o ile jazda i fotografowanie tuż przed i po burzy ma jakiś urok i dreszcz emocji, tak przedzieranie sie przez ścianę deszczu jest dla mnie zupełnie bez sensu. Zjeździłem więc tylko północną część Jury, zwiedzanie południowej części krainy – czyli Ojcowa i okolic zostawiwszy na inny termin – coś mi chodzi po głowie jesień???

Ruiny zamku w Mirowie.

W przydrożnym zajeździe pod Olsztynem (nie mylić z tym na Mazurach… oj, przepraszam… Warmii) – generalnie chodzi nie tyle o kostkę czy barierkę, ba! nawet nie o kawałek przecudnej urody stojaka stalowego,  a o ulewę, która wespół-zespół z burzą zaskoczyła mnie nagle i niespodziewanie.

Widok ze wzgórza zamkowego w Olsztynie. Burza już przeszła, ale ciągle popadywało – co widać po zasmarkanym deszczem obiektywie.

Bobolice – zamek

U podnóża zamku w Bobolicach – jak widać nie tylko w Stanach są skałki typu Mesa Arch…:)


Na chwile przed zachodem

Sudety. Tak bardzo stare i tak bardzo niedocenione. To, co zostało tu po Niemcach, to zaledwie ogryzek dawnej świetności, a i tak zostawiają daleko inne masywy w Polszy. Pełne tajemnic, zagadek, legend. W porównaniu z Beskidami czy Bieszczadami puste przez cały rok, a teraz, jesienią – wyludnione. To tu ciągle jeszcze spotkać można schroniska tak małe, że kuchnia i jadalnia tworzą jedno, a kury i kozy żyją w leniwej symbiozie z turystami.
5 listopada o zachodzie słońca, Zygmuntówka.


Tatry w blasku księżyca…

W zasadzie to nie chciało mi się wychodzić. Do Stołowego przyjechaliśmy z Krakowa dość późno, Teresa przywitalła nas kolacją i rozleniwiła winem… i gdyby nie to, że wyszliśmy z Mirkiem do samochodu po rzeczy to nie zrobiłbym tego zdjęcia. Ale kiedy już ruszyłem dupe, to widok tatr zalanych księżycowym blaskiem powalił mnie na kolana… Przedstawiam więc marną namiastkę tego co zobaczyłem letnią nocą ze Stołowego, z domu Skupniów-Stoseli.


Dawno temu nad morzem

Dawno temu – wczoraj, a może przed 20 laty – sam już nie wiem kiedy to było… Wspomnienia, tysiące obrazów, tych, które wciąż w sercu mam. W westchnieniu chwila zaklęta, mogłaby wieczność trwać. Nikt tego dziś już nie pamięta…
Cypel półwyspu helskiego, dawno, dawno temu.


Tatry ze szczytu Ornaku widziane by iPhone

Kolejna górska opowieść zilustrowana „ajfonowymi” obrazkami. To był naprawdę udany dzień. To był naprawdę udany wyjazd. Po dniu spędzonym na Krupówkach i obserwowaniu zdebilałego, mantrycznie przelewającego się, łażącego w te i nazad, w góre i w dół, tłumu, przyszedł czas na góry. Spacer doliną Kościeliską pozbawił mnie złudzeń w kwestii obuwia: wysokie, mocne buty do wędrówek górskich są przereklamowane. Zdaneim zdecydowanej większości społeczeństwa klapki japonki, popularnie zwane stringami na stopy, w Tatry w zupelnosci wystarcza, po co więc przepłacać… Na szczęście cała ta tłuszcza zakończyła swoją przygodę z taternictwem klapkowym w schronisku na Hali Ornak, skąd my, jak te głupki, bezmyślnie ruszyliśmy w wysokie góry. I warto było… co prawda podejście pod Ornak ze schroniska na hali wydaje się być niekończącą się ścieżką tysiąca stopni, ale panoramy tatr wysokich i zachodnich rozpościerające się ze szczytu warte były każdej wylanej kropli potu.

Powrót do cywilizacji via Dolina Chochołowska, którą pomknęliśmy na złamanie karku na pożyczonych za jedyne 10 zeta rowerach, których stan ram, a przede wszystim hamulców pozostawiał wiele do życzenia, ale dzięki którym zaoszczędziliśmy dobre półtorej godziny nudnego marszu po asfalcie.

Na zdjęciach oczywiście Tatry moje ukochane, ale przede wszystkim dwie przeurocze i przesympatyczne towarzyszki wędrówki, sprawczynie całego pomysłu – Kasia i Dominika.

I ostatni rzut oka na rycerza, co to mu sie od setek lat dupy nie chce z miejsca ruszyc… i do domu.


Cmentarz na Pęksowym Brzyzku by iPhone

Była fantastyczna pogoda na fotografowanie. Szaro, deszczowo, mokro… Zalana deszczem, rozgrzana ziemia parowała, otulając figury nagrobne mgłą mistycyzmu i tajemniczości. Niestety – podniosłej atmosfery miejsca ani niepowtarzalnej okazji zrobienia naprawdę ładnych fotografii nie czuła bateria w telefonie, która po zaledwie kilku klatkach odmówiła współpracy i pozbawiając mnie i was, szanowni czytelnicy, okazji do fotograficznego spaceru po zakopiańskiej nekropolii…


Śnieżne Kotły by iPhone czyli ja pierdykam, ale pizga!!!

Niepomni na zapowiadaną w tivi straszliwą wichurę (wiać miało prawie 140 na godzinę) w sobotę skoro świt wyruszyliśmy w Karkonosze. I bardzo dobrze, bo telewizja łże. Że duło okrutnie to fakt – ale bez przesady – nie 140 na godzinę. Najgorzej było właśnie przy Śnieżnych Kotłach – tam w pewnym momencie na czterech oddalałem się od krawędzi – bałem się, że mnie zdmuchnie – i autentycznie się przestraszyłem.
Przy okazji. Spaliśmy w schronisku na Szrenicy. I śmiało mogę powiedzieć, że jest to chyba najfajniesze schronisko w Karkonoszach. We wszystkich aspektach. Czyste, schludne, z wyremontowanymi toaletami, z przemiłą panią zarządzającą, którą najserdeczniej, w imieniu całej naszej szóstki, pozdrawiam. Rozsądne ceny, porządne porcje zamawianego jedzenia i legendarne naleśniki z jagodami, pyszna kawa i naprawdę miła obsługa – wszystko to stawia to schronisko na pierwszym miejscu naszej listy karkonoskich schronisk.


Mokry Kraków

Wystarczyło trochę ponad trzy godziny, żeby w sobotni wieczór znaleźć się na Kazimierzu, w Krakowie, gdzie zadowoleni, uśmiechnięci, z każdą godziną coraz bardziej wylewni ludzie tłoczyli się w małych knajpkach upchanych w obskurnych kamienicach. Im później w noc, tym bardziej wylewność zmieni się w agresję, rozbawione oczy podejdą krwią i ulica Estery spłynie treścią żołądkową wszystkich nacji Europy. Do Krakowa już dawno nie jeździ się szukać spokoju i wytchnienia, tchnienia kultury i powiewu wielkiego świata. Do Krakowa jeździ się na imprezę.

Śniadanie na oszklonym patio „Kolorów” powoli tłumi niemożliwy do zniesienia syndrom dnia poprzedniego – niechybny znak, że wieczór był wyjątkowo udany, godny miejsca. Bułka „watka” i zamarznięta na kość kosteczka masła – zemsta wszystkich hotelarzy świata. Ser, powidła, wędlina. Pozbawione funkcji życiowych kubki smakowe zdają się wracać do formy. Kawa w Alchemii, wielki sagan grzanego wina przyprawionego goździkami i ćwiatką pomarańczy… zawsze ten sam scenariusz. „…30 sekund dzieli jedną od drugiej szklaneczki…” Mózg zaczyna pracować. Znika klamra mieżdżąca skronie. Wielki kawał czekoladowo-wiśniowego tortu przywraca mnie społeczeństwu. Gotów jestem wyjść. Na deszcz, błoto, breję.. 4 godziny po przebudzeniu zaczynam odczuwać potrzebę powietrza.

Kraków płynie błotem i breją pośniegową. W radio zapowiadali intensywne opady śniegu, zawieje i trzaskający mróz. Jeśli jednak tego dnia coś trzasnęło to niestety – tylko prognoza i zamiast tego mamy szary, deszczowy Rynek, jarmark świąteczny, zziębnietych turystów szukających schronienia w Sukiennichach… grupka dziewcząt śpiewa amerykańskie kolędy – co za ironia. Między Silent Night a Jingle bells wplata się niespodziewanie strażak z Kościoła Mariackiego… ratunku!!!! Trzeba wracać!!!


Zamek Grodziec


Czarodziejska chata

Ostatnich kilka dni to intensywna praca w Czarodziejskiej chacie – gdzie fotografowaliśmy jedzenie i wnętrza. W odpowiedzi na liczne pytania dotyczące Czarodziejskiej Chaty informuję, że:

1. Czarodziejska chata znajduje się w Jedlinie, tuż obok całorocznego toru saneczkowego i parków linowych.
2. Jeszcze nie jest czynna – oficjalne otwarcie ma być w tę (9.10.2010 r.) sobotę,
3. Jedzenie naprawdę jest tam wyśmienite – moim zdaniem przykrywa czapką WSZYSTKIE knajpy w okolicy,
4. Szacowane ceny są bardzo przyzwoite – chyba na kieszeń każdego, kto myśli o tym żeby wyjść na obiad do knajpy…


Kiczem po oczach czyli nocą dookoła Ostrowa Tumskiego

Wybraliśmy się z kolegą Kedobem na wieczorne fotografowanie. Mnie w zasadzie interesowały krzaki obrastające ściany Muzeum Narodowego. To już ostatnie chwile zieleni na murach – potem liście spadną i dupa… Kiczowato-cukierkowe nasze kadry były okrutnie. Ale co tam… Postanowiliśmy kontynuować nasz spacer… Na placu Katedralnym musiałem wytężyć siłę woli do do granic wytrzymałości, żeby nie fotografować katedry – no przynajmniej dosłownie… silnej woli nie stało mi już jednak na przekiczowaty Most Tumski. Wracając zatrzymaliśmy się jeszcze, żeby pochylić się nad karmelowymi wyziewami z Cadbury… no i już… 🙂
To, co zostało mi po tym wieczorze to chęć popstrykania budynków nocą – całe Śródmieście Wro jest pięknie podświetlone – aż się prosi o wieczorno-nocne fotki. I to jest plan na następne pół roku 🙂


Deszczowo w skałach

W niedziele z kolegą Kedobem pojechaliśmy bezrozumnie do Skalnego Miasta. Bezrozumnie bo było przeraźliwie zimno, a deszcz w pewnym lał grubym strumieniem. Ręce grabiały, wody nalało mi się do rękawów… tyle, że skały w deszczu piękne jak rzadko kiedy… 🙂


Szczypta Krymu

Targ rybny w Ałuszcie na Krymie. Wielkości małego osiedla mieszkaniowego. Nie tak potężny jak Targ Siódmego Kilometra w Odessie, ale na tyle duży, żeby po pół gdzinie przebywania tam przesiąknąć na wskroś zapachem suszonych ryb. Tak, suszonych – nie wędzonych, pieczonych, smażonych. Przepis przygotowania jest banalnie prosty – bierzesz rybę za ogon i sru!!! o kant czegokolwiek. Potem, w zależności od humoru rybę się patroszy lub nie – na koniec w całości w sól i na słońce, na którym nabiera konsystencji paska od spodni. Wielki przysmak Ukraińców. Masakra dzieje się, kiedy w pociągu plackartnym (taki nasz tramwaj, tylko z miejscami leżącymi, bez zamykanych przedziałów) pasażerowie wyjmą te ryby, jajka, zzują kamasze i zapiją to wódka typu Odessa za niecałe 12 Hr. za flaszkę…

Jałta. Śródziemnomorski klimat, podobna roślinność. Góry od samej prawie plaży strzelające na prawie kilometr w górę… No i Włodzimierz Lenin – na Ukrainie ciągle żyw… 🙂


Praga ze wzgórza widziana


Tatry ad 1989

Ostatni raz byłem w Tatrach chyba z 10 lat temu. Powiedziałem sobie wtedy, że to już ostatni raz wszedłem na Zawrat, że ostatni raz przebijałem się przez dziką tłuszczę blondynek w klapeczkach i łysych kolesi w adidaskach. Wiem, że trochę przesadzam, ale pamiętam Tatry zupełnie inne.. puste, nie zadeptane. Pamiętam Tatry jakich dziś nie widać… w zasadzie niczego nie widać, spod zbitego tłumu turystów. I szkoda, kutfa, bo Tatry są jak narkotyk… bardzo trudno się od nich uwolnić.

Fotki odrobine parchate, skanowane z odbitki wykonanej na papierze jedwabistym (kto jeszcze dziś pamięta co to był za wynalazek ten papier jedwabisty- hehehe).

1. Widok z Koziej Przełęczy na południowy wschód: część Doliny Pięciu Stawów – Wielki  Staw, Wole Oko i kawałek Przedniego Stawu. W tle Miedziane, Mięguszowiecki Szczyt i w chmurach ukryte Rysy.

2. Gdzieś pomiędzy Kasprowym Wierchem a Liliowym… Może w okolicach Przełęczy Suchej? Na zdjęciu Magda Dębska, Kasia Konikowska, Jarek Michałek, Jacek …… (?), nogi i ręka – chyba Krzyśka Laskowskiego i kawałek brzucha – chyba Adasia Lichoty.

 3. Schronisko Na Hali Kondratowej. Tak, był taki czas, że można było tam normalnie wejść. Na zdjęciu Magda, Jarek, Krynio i Adam.


der Damm