Posts in Category: Muzyka

Kolędy Pospieszalskich (12 fot.)

Fantastyczne rozpoczęcie nowego roku! Prawie dwugodzinny koncert kolęd w lodowato zimnej katedrze w Świdnicy. Gdyby na co dzień w kościele rozbrzmiewała taka muzyka byłbym stałym gościem tegoż przybytku. Fantastycznie zaaranżowane, świetnie zagrane i zaśpiewane. Ten, kto mnie zna wie o moim bziku na punkcie muzyki Mateusza Pospieszalskiego, ale wczoraj wieczorem nie spotkałem nikogo, kto wychodząc z katedry nie byłby zachłyśnięty tym, co usłyszał w wykonaniu Pospieszalskich. Wieczornego święta muzyki nie był w stanie zepsuć swoimi zupełnie niepotrzebnymi wtrąceniami ani ortodoksyjny w swoich poglądach i przekonaniach Jan „warto rozmawiać” Pospieszalski ani biskup Dec. Ten ostatni mimo przenikliwego zimna panującego w katedrze najpierw uparł zaśpiewać wszystkie czterdzieści cztery zwrotki kolędy „Hej maluśki, maluśki maluśki”, przy czym po piętnastej zwrotce Mateusz Pospieszalski z rozpaczy ukrył twarz w dłoniach, a reszta muzyków ograniczyła aktywność do minimum, mając pewnie nadzieję na zniechęcenie hierarchy. Nic z tego. Ostatnie zwrotki odśpiewał prawie a’capella. Kiedy wszyscy myśleli, że już koniec, biskup mrukną z werwą „jeszcze jedna”, a po katedrze rozszedł się mroźny niczym arktyczny ranek jęk rozpaczy. 🙂 Następnie, jakby mu było mało, powtarzając się co dwa zdania pół godziny dziękował wszystkim muzykom na raz i każdemu z osobna. Kilkuset zmarzniętych na kość widzów patrzyło jak panowie spijają sobie miód z dzióbków i szczękało zębami. Ale to są szczegóły. Koncert był R E W E L A C Y J N Y !!!!

Rodzina Pospieszalskich podczas świątecznego koncertu kolęd. Katedra w Świdnicy, styczeń 2015. Fot. Jacek Zych. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Rodzina Pospieszalskich podczas świątecznego koncertu kolęd. Katedra w Świdnicy, styczeń 2015. Fot. Jacek Zych. Wszelkie prawa zastrzeżone.


Wojciech Waglewski

Czasem możesz spędzić cały wieczór fotografując i skończyć pracę z kartą pełną niezbyt ciekawych zdjęć. A czasem wystarczą trzy strzały i wiesz, że resztę wieczoru możesz spokojnie pić piwo i cieszyć się muzyką. Tak było i tym razem. Patrzyłem jak dziewczęta i chłopcy tarzają się pod sceną w co raz to bardziej przedziwnych pozach wykonując setki identycznych zdjęć. A wystarczyło stać i czekać, a potem spokojnie iść na piwo 🙂

Wojciech Waglewski. Klub A'propos, Wałbrzych, grudzień 2014. fot. Jacek Zych. Wszelkie prawa zastrzeżone

Wojciech Waglewski. Klub A’propos, Wałbrzych, grudzień 2014. fot. Jacek Zych. Wszelkie prawa zastrzeżone


Luna ad noctum – sesja do nowej płyty

Zespół Luna ad Noctum podpisał właśnie umowę z niemiecką wytwórnią płytową Massacre Records na wydanie kolejnej, czwartej już płyty. Fotografowaliśmy wiosną i latem, pokazywaliśmy pojedyncze zdjęcia i kawałek backstage’a – dopiero jednak teraz, po oficjalnym potwierdzeniu potwierdzeniu zawarcia umowy – mogę pochwalić się obszerniejszym materiałem.

Zdjęcia – portrety członków zespołu – sesja letnia. Grafiki w książeczce wykonane zeostały z użyciem zdjęć z zeszłorocznej jesiennej sesji. Autorem grafik jest jeden z najbardziej znanych i rozpoznawalnych w Polsce i na świecie wirtuozów tatuażu – Andrzej „Lenu” Leńczuk.


Koncertowy smutek i nostalgia.

Będąc światowej sławy malkontentem i wiecznie niezadowolonym uczestnikiem wydarzeń muzycznych mógłbym rozwodzić się nad tym, co było nie tak. Nie będę. Dość powiedzieć, że koncert nie porwał mnie, można powiedzieć – znudził. Mam inne oczekiwania wobec kilkudziesięcioosobowego składu muzyków niż odtwarzanie aranży przypominających mi taśmę z linią melodyczną w Szansie na sukces do po raz tysięczny odgrzebywanych standardów rodzimej muzyki pop, które były stare już w momencie, kiedy ja na ten świat się pchałem. Jest to jednak moja prywatna, nie podparta żadnym doświadczeniem ani fachową wiedzą opinia, z którą nikt zgadzać się nie musi. Miałem nadzieję na inny dobór seta koncertowego, no i żal ogromny mnie ogarnia kiedy pomyślę o potencjale, jaki w piątkowy wieczór przysnął z nudów gdzieś w filharmonii.

Dodano kilka godzin i kilka komentarzy po wpisie: W filmie Rejs jest pada taka kwestia: „Krytyka, owszem, musi być, ale taka, żeby tej krytyki nie było – tylko aplauz i ogólna akceptacja”. Otóż nie podzielam takiego punktu widzenia, a sam cytat oddaję pod rozwagę wszystkim oburzonym, których komentarzy nie opublikowałem. Dyskusję uważam za skończoną.


Luna ad noctum w studio


Luna Ad Noctum

Było zimno. Bardzo. Zimne, niedające ciepła słońce wisiało jeszcze nad górami, kiedy dojechaliśmy na umówione miejsce.

Umówmy się. Muzyka panów z Luna ad Noctum z krainą łagodności ma niewiele wspólnego. Cudne, ciepłe, złoto-brązowe popołudnie trzeba było ubrudzić zimnym, trupim światłem. Jako tło sesji wykorzystaliśmy dekorację filmową rozstawioną w ruinach walimskiej fabryki lnu – tej samej, w której kilka tygodni temu fotografowałem Kasię. Więcej o zespole Luna Ad Noctum można przeczytać tu: http://www.lunaadnoctum.com/pl/news


Trebunie-Tutki & Twinkle Brothers


Czyżykiewicz

Sobotni wieczór spędziliśmy na stoku Lodowiec w Karpaczu słuchając artystów zaproszonych do kolejnej edycji imprezy „Gitarą i piórem”. Gwoździem programu był recital Mirosława Czyżykiewicza. Któż zacz Czyżykiewicz wiem od lat pacholęcych, z drżącymi więc rękoma przeczekałem artystę poetycko teatralnych scen poznańskich, Grzegorza Tomczaka, który z wdziękiem godnym poznańskiego „pyra” uraczył widzów tekstem „Jestem tu pierwszy raz i chyba ostatni”. Szczęście miał ów, że Dolny Śląsk to nie pyrlandia, bo wyłapałby grillowanym ziemniakiem prosto w paszczękę. Po tym barwnym incydencie, jedynym żywszym akcencie tego wieczora słońce zaszło zniesmaczone i pod sufitem gwiazd przyszedł czas na Leszka Wójtowicza, który tradycyjnie uśpił wszystkich monotonnymi, jednakimi w każdym utworze, smutkiem i nostalgią.
I wreszcie wyszedł ON!
Dziś od rana z zainteresowaniem śledzę lokalne, jeleniogórsko-karpackie dzienniki internetowe, spodziewam się bowiem znaleźć tam wzmianki o fali samobójstw, jaka pokoncertowej nocy i następnego ranka MUSIAŁA przetoczyć się po Karkonoszach i okolicach. Usłyszeliśmy historie niespełnionych miłości, zdrad, z rozdartych dusz lawiną wylewały się ból i cierpienie, a piękno świata przygniecione zostało ciężkim głazem trudu istnienia i platonicznych, nieodwzajemnionych miłości. Czyżykiewicz, zdecydowanie bardziej ekspresyjny i żywiołowy od dwóch poprzedzających go artystów razem wziętych, swoim anturażem scenicznym, fizis i ekspresją wyrazu, do czynów tyle śmiałych, co samobójczych, pchnąć mógł najszczęśliwszego z widzów (w rankingu szczęścia i radości brylowali właściciele rozstawionego u stóp stoku ogródka grillowego, którzy kiełbasę, sztuk jednen, o długości nie przekraczającej 10 cm sprzedawali za 12 zeta…). A że jak wiadomo głód częstokroć bywa katalizatorem zdarzeń tragicznych – pewnym jest, że niejeden z oglądających recital Czyżykiewicza na karpackim stoku widzów sięgnął był po najbliższy pod ręką przedmiot mogący skutecznie odciąć mu dopływ powietrza do płuc.
Podsumowując króciutko trzeba przyznać, że z grupą swoich muzyków, których nie do końca potrafił przedstawić, pokazał Czyżykiewicz spektakl barwny, wciągający, nie pozostawiający złudzeń co do klasy artysty. Polecam dla ludzi o silnie rozwiniętej chęci życia.


Thomas Celis Sanchez

Thomas Celis Sanchez. Meksykanin od 15 lat mieszkający w Polsce, jeden z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych przeszkadzajkarzy i bębniarzy w Polsce. Anna Maria Jopek, Raz Dwa Trzy, Martyna Jakubowicz, Wojciech Jagodziński, Zakopower, Jan Trebunia-Tutka… to tylko drobny ułamek artystów, z którymi Thomas koncertował i nagrywał płyty. Do wykonania portretu udało mi się namówić go kilka dni temu w Lubrzy, w studio nagraniowym Recpublica, podczas nagrywania nowej płyty Jana Trebuni-Tutki i zespołu JazGot.

Thomas Celis Sanches. Lubrza, 2011. fot. Jacek Zych


Zhenya Didic

W Polsce znany przede wszystkim z występów w zespole ¨Haydamaky i projektu Ukrainni, który współtworzyli razem z Wojciechem Waglewskim i VooVoo. Mołdawianin, jeden z najlepszych trębaczy ukraińskich. Żenię poznałem przy okazji projektu „Góry w sercu”,do tórego został zaproszony przez Mirka Kowalika z Raz Dwa Trzy, a który to projekt mam niewątpliwość przyjemność dokumentować od, można powiedzieć, zarania. Bardzo sympatyczny towarzysz biesiad, do którego moja córka zapałała nieskrywaną, odwzajemnioną jak się wydaje, sympatią od pierwszego wejrzenia.



Gary Thomas

Gary Thomas grał chyba ze wszystkimi, z którymi grać jest marzeniem większości muzyków jazzowych. John McLaughlin, Cassandra Wilson, Wallace Roney, Miles Davis, Steve Coleman… masakra jakaś. U nas towarzyszył Adamowi Pierończykowi w koncercie poświęconym Komedzie.

Nie jestem jakimś szczególnym fanem Pierończyka, Komeda jest dla mnie zdecydowanie za ciężki, wiec mimo, że koncert był naprawdę świetny, wyszedłem odrobinę zmęczony…

A.. jeszcze jedno. Słowo do części osób, które pokazały się dziś na koncercie… w zasadzie nie wiem po co… z ciekawości?? Bo dostały darmowe wejściówki??… Nie ważne. Ludzie! Skoro przyszliście na koncert, zdecydowaliście się ruszyć dupy i zaszczycić artystów swoją osobą, to kurza twarz!!! – nie wychodzcie podczas klaskania. Miejcie odrobinę szacunku dla ludzi, którzy dla was grają. Ja wiem, że po koncercie czy spektaklu być pierwszym przy szatni to jest naprawdę coś… Muzycy nie zdążyli nawet wyjść do pierwszego bisu, kiedy 3/4 widowni zdematerializowała się, jakby siedzenia ich gryzły w dupy. No wiocha, nie ma co gadac.


Wojciech Karolak

Swego czasu Ryszard Szurkowski, zapytany o swoje liczne podróże zagraniczne i o to, co mu najbardziej utkwiło w pamięci odpowiedział „Przednie koło roweru!”. Jestem przekonany, że Wojciech Karolak ze wszystkich sal i miejsc, w których grać mu dane było najlepiej pamięta klawiaturę hammonda…:) I coż z tego, skoro koncert był z rodzaju tych, co to trwają dwie godziny, a człowiekowi wydaje się, że ledwo się zaczął a już się kończy… 🙂


Jacek Bończyk

Oj… dawno nie zrobiliśmy takiej loży szyderców jak tego wieczora… 🙂 Dostało się wszystkim po kolei – artyście, znajomym, obcemu panu w płaszczu gestapowskim i znajomemu panu w skórzanej marynarce. Reakcje były różne – od uśmiechniętych twarzy po okrzyki świętego oburzenia… 🙂 Nie obyło się bez harcerskich „opowieści z krypty”, awantury o pizzę, podstępnie wniesioną przez Aldony i wielu innych atrakcji. To był naprawdę udany wieczór. A koncert… no był, choć z żalem muszę przyznać – nie był najmocniejszym elementem tego wieczoru.


Bill Evans

Staroć, ale pasujący do serii. Bardzo lubię te fotografię, która zrobiłem przed bodaj czterema laty, a jakoś nie pokazywałem jej do tej pory. Evans jechał wtedy z Kijowa, samolot z powodu mgły zamiast we Wro wylądował w Poznaniu – i chłopaki gnali na złamanie karku z Wielkopolski na Dolny Śląsk, kontemplując w tzw „cwiszencajcie” uroki polskich dróg… 🙂

Bill Evans. Świdnica, klub Bolko. Listopad 2007. fot. Jacek Zych. Wszelkie prawa zastrzeżone


Marcin Wasilewski

No i nastapiła chwila, kiedy na piętrze w A’proposClub wysłuchałem koncertu Marcina Wasilewskiego, Sławka Kurkiewicza i Michała Miśkiewicza. Cóż ja mogę powiedzieć? Mnie porwało, ukołysało i przeniosło w świat najdalszy od tego, który za oknem… To tyle… było bomba.. a kto nie był – ten trąba. 🙂


Wojciech Waglewski


Karolina Glazer – Świdnickie Noce Jazzowe


Wojtek Mazolewski


No more…

Miały być fotki Janusza. Ale nie będzie. Koniec.


Listen to the jazz

…I go out most nights
Attracted by the lights
Listen to the jazz in Harry’s Bar..


Maciek Balcar i Nie-Bo LIVE

To był przyzwoicie zagrany kawał dobrej muzyki. I Tyle. Nie można o koncercie Maćka Balcara powiedzieć, że był porywający, że muzycy dali z siebie wszystko, a oszalała publiczność zatraciła się w szaleńczym tańcu pod sceną. Kto oczekiwał fajerwerków – mógł czuć pewien niedosyt. Kiedy końcówka była naprawdę dynamiczna – to początek koncertu dłużył się w nieskończoność. Sami muzycy też wydawali się grać z pewnym… zapasem energii, choć, jak wspomniałem, końcówka mogła poruszyć nawet tych najbardziej przywiązanych do swojego fotela słuchaczy. Całość zakończył odrobinę wymuszony i wyczekany bis. Podsumowując. Na pewno warto było wybrać się na koncert, żeby posłuchać Maćka w innych brzmieniach niż z Dżemem, jednak szczerze muszę przyznać – ani Balcar, ani zespół Nie-Bo nie przekonali mnie do swojego projektu.


Leningrad – Mariusz Kilian i Tomek Mars w Imparcie

„Fiodor, Fiodor – ja wczoraj usłyszałem, że alkohol składa się z atomów… no myślałem, że się zerzygam…”
Widziany po raz kolejny… -nasty??? spektakl… Przypomina nieustannie, ze były takie dwa… może trzy lata. Czas oznaczony permanentnym syndromem dnia poprzedniego – takim samym wszędzie – czy to w Srebrnej Górze, Berlinie, czy na Hali Szrenickiej. Zamiast Fiodora było Kościszcze, była Chalyna, Łankin i spółka. Niekończące się imprezy, z których jedna przechodziła w drugą. Oglądając Leningrad nie mogę oprzeć się wrażeniu deja vu. Że ja już to gdzieś widziałem.
Podobno to już koniec Leningradu w Imparcie. Szkoda.


Janusz Radek – do DVD

 29 kwietnia zostałem zaproszony do sfotografowania dwóch koncertów Janusza „Dom za miastem”, które odbyły się w chorzowskim Teatrze Rozrywki. Rzecz o tyle spektakularna, że to było to wydarzenie rejestrowane, które pod koniec lata ukaże się w limitowanym dwupaku (CD i DVD). Moje fotki z koncertu wykorzystane zostaną w książeczce dołączonej do wydawnictwa.


Janusz Radek vol. 3

„…I wore black, you were black. Jazz is Paris and Paris is jazz…” Niestety – Szczawno to nie Paryż, i to, co zagrali, to zdecydowanie nie był jazz. Czarno ubrany artysta na czarnej scenie. Zajebiście – nic, tylko fotografować. (ISO 1600, f 2.8, 1/30s.. warunki, można rzec, jak marzenie (sic!))


Alchemicy

Weekend upłynął pod znakiem krakowskich tańców, hulanek i swawoli. Jak przystało na serce Galicji zeżarliśmy ukraiński obiad zapity z całą pewnością przepysznym, choć z lekka zestarzałym już, czarnym Obolonem. Wieczorem, w Alchemii, posłuchaliśmy Jaśka Radka w Królowej Nocy… A potem to już było z górki… aż do świtu, który nadszedł nadspodziewanie szybko i niespodziewanie… Na zdjęciu Janusz Radek i Halina Jarczyk.

O samym Krakowie nie będę już pisał, bo co miałem do powiedzenia powiedziałem tu. Zima, a właściwie obrzydliwy przednówek zdecydowanie nie dodał uroku miastu, więc wrażenia estetyczne pozostają niezmienne.