Budapeszt

Po wyjeździe z Transylwanii, nieutuleni w żalu, wraz z moimi towarzyszami podróży, postanowiliśmy utopić smutki w strumieniach tokaju, które spodziewaliśmy się odnaleść na Węgrzech… W tym celu skorumpowaliśmy madziarskiego konduktora, który przewiózł nas przez granice za jedyne 5 eurasów, za to pociągiem z klimatyzacją, dywanami, do którego wstyd było mi wejść, a jeszcze bardziej żal było wychodzić. Bracia Węgrzy okazali się jednak mało gościnni, a modry Dunaj okazał się być jedynym strumieniem, jaki można było znaleźć w Budapeszcie…. Tokaj może i był, ale nas zdecydowanie na niego nie było stać. Koszmarnie drogi, wprost proporcjonalnie brudny, Budapeszt okazał sie być mega wysysaczem kasy…. Zadowoliliśmy sie więc skromnym browcem na deptaku vis a vis Parlamentu, od którego oddzielał nas rów, w którym płynęła mętna ciecz, nazywana Dunaj… Myśle jednak, że to nie był Dunaj, bo żaden Dunaj na świecie nie może śmierdzieć tak bardzo, jak to coś, co tam płynęło…

Kiedy już odwiedziliśmy wszystkie miejsca, w których Kania, Hudej, Benedek i Haber balowali i przygody romantyczne przeżywali (poza kilkoma burdelami, których, mimo ciężkich poszukiwań i wielu prób nie udało nam się zlokalizować), rozstaliśmy się. Kaśka i Wojtek pojechali do Warszawy przez Kraków, my z Danielem wyruszyliśmy, niczym dzielni zbiedzy Szatolohulohej, bratysławskim szlakiem, do Polski.

Po 7 (słownie siedmiu) przesiadkach i nocy spędzonej na brneńskim trawniku, przetarliśmy drogę do Polski z Budapesztu, za jedyne 63 złote polskie. Trochę do życzenia pozostawia czas podróży i ilość przesiadek, ale to są detale.. (:


















1803 wszystkich odwiedzin 2 odwiedziny dziś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *