Monthly Archives: Sierpień 2013

Bogusław Wołoszański – Skarby III Rzeszy w wałbrzyskim Muzeum

Czy pod Wałbrzyskim Muzeum znajdują się pomieszczenia piwniczne, w których wycofujący się z zamku Książ hitlerowcy ukryli to, czego nie zdołali wywieźć? Czy skarby III Rzeszy, a przynajmniej ich część ukryte są pod posadzką Pałacu Albertich? Na to pytanie szukał odpowiedzi Bogusław Wołoszański.


Luna ad noctum

Wałbrzyski zespół Luna Ad Noctumn podczas pracy na planie teledysku, promującego singiel z najnowszej płyty Hypnotic Inferno. Zdjęcia do klipu realizowano w opuszczonym szpitalu dziecięcym w Wałbrzychu. Sierpień 2013. Fot. Jacek Zych

Wałbrzyski zespół Luna Ad Noctum podczas pracy na planie teledysku, promującego singiel z najnowszej płyty Hypnotic Inferno. Zdjęcia do klipu realizowano w opuszczonym szpitalu dziecięcym w Wałbrzychu. Sierpień 2013. Fot. Jacek Zych


Paprica expedition 2013 – czyli rowerem z Wałbrzycha nad Balaton

Moja rowerowa wycieczka do ziemi węgierskiej skończyła sie, zanim się na dobre zaczęła. W 5 dni przejechałem 510 km. Pokonał mnie upał, słońce i brak wody. Do granicy węgierskiej zabrakło mi 40 km.

Swoją podróż rozpocząłem na granicy polsko-czeskiej w Mezimesti. Po przejechaniu dwóch kilometrów pierwszy podjazd na broumovskie wzgórza niedaleko Police n/Metui pokazał, jak bardzo jazda rowerem obładowanym sakwami różni się od jazdy „na pusto”. Zlany potem zacząłem wątpić w sukces i sens  przedsięwzięcia. Później na trasie było wiele równie morderczych wzniesień, ale to pierwsze szczególnie dało mi się we znaki.

Březová nad Svitavou – widok z otaczających miasto wzgórz

Pierwszego dnia nocleg zaplanowałem w miejscosci Rychnov, do którego trasę wyznaczylem bocznymi drogami przez miasteczka, które urzekają schludną, „klockową” zabudową. Północne Czechy nie są piękne, jednak bardzo różnią się od naszych polskich, przygranicznych wsi.

Trasa zaplanowałem jako tranzyt, a nie turystyczno-krajoznawczą. Starałem się wyszukiwać na mapie sieć najkrótszych dróg prowadzących bez zbędnego błądzenia w stronę Brna. Nie skupiałem się nad zabytkami i atrakcjami. Przez kilka następnych dni miałem się dobitnie przekonać, że omijanie głównych dróg i prostowanie tego, co już wyprostowane, nie zawsze się opłaca.

Podróżowałem po Czechach zaściankowych i nieturystycznych, wzbudzając ciekawość i zainteresowanie kiedy obładowany przejeżdżałem przez wieś oraz politowanie i pobłażliwe uśmiechy, kiedy gdzieś przy sklepie odpowiadałem dokąd zmierzam.

Wyruszając w podróż zakładałem, że nie spiesząc się przejadę z punktu A do punktu B według zaplanowanej i wyliczonej wcześniej trasy i tam poszukam noclegu. Plan ten musiałem zweryfikować już po kilkudziesięciu kilometrach jazdy: zakładając przejechanie 75 km dziennie, nie wziąłem pod uwagę fatalnego, dramatycznego i nieprzyjaznego ludziom oznakowania dróg w Czechach. Tu za daleko pojechałem, tam skręciłem za wcześnie. Kierunkowskazy w Czechach stawiane są kilkadziesiąt metrów przed skrzyżowaniem, często zaraz za nimi pojawia się mała uliczka… niestety nie ta, w którą trzeba skręcić. Do tego dochodziło kilka kilometrów wokół zabytkowych centrów miast, dojazd do nich… W sumie do trasy wyliczonej przez google trzeba dołożyć 25% dodatkowego pedałowania.

Tak było właśnie pierwszego dnia. Przejechawszy zakładane 80 km byłem ciągle o jakieś 20 od celu podróży. Wtedy popełniłem błąd. Wybrałem krótszą, boczną, wydawałoby się przyjemniejszą drogę. Błąd. Krótsza, nie oznacza szybsza i łatwiejsza. Zamiast jak człowiek pojechać główna trasą falującą umiarkowanie pomiędzy okolicznymi wzgórzami, straciłem resztkę sił na podprowadzenie, bo na podjazd nie miałem już sił, roweru pod koszmarną górę tylko po to, żeby zaraz później z niej zjechać do miasta.

Do Rychnova dojechałem ledwo żywy. Niestety, w mieście zaznaczonym na mapie jako całkiem spore – nie było gdzie spać. Pola namiotowego brak (jak i we wszystkich miastach Czech). Był hotel. Zamknięty. Zupełnie jak w pisence Jacka Skubikowskiego „…jedyny hotel, portier i napis miejsca brak…”. Kilku zagadniętych o „autocamp” albo „taboriszte” przechodniów ze zdziwieniem przecierało oczy. Dopiero któryś z kolei rowerzysta zakrzyknął radośnie „cześć chlopaku!!” i pokierował na kemping – w miejscowości oddalonej o 18 km…
Tego dnia rozbiłem namiot na polu o wdziecznej nazwie Vochtanka, w uroczej dolnce, u stóp ruin zamku Potstein, w dolinie rzeki Usti. Nie miałem siły zachwycać się cudami natury ożywionej i nieożywionej. Wypilem dwa piwa, zjadłem kolację i poszedłem spać.

Kemp Western „Vochtanka”

Cena za pole 17 lipca 2013 roku: 75 koron (namiot, rower i ja). Piwo na polu – czarny kozel 25 koron / 0,5 l.

Dzień 2. Pobudka o 7. Pakowanie, śniadanie i w trasę. Tym razem postanowiłem być bardziej przebiegły i noclegu poszukać w informacjach turystycznych w mijanych po drodze Czeskiej Trebovej albo Switavie. Niestety, nikt nie potrafił mi podpowiedzieć gdzie w okolicach mnie interesujących znajdę miejsce do spania, straciłem za to kupę czasu na szukanie i dojazd do informacji turystycznych.

Česká Třebová – Rynek

Drugiego dnia trasa wypadła mi w całości po głównej trasie Nahod-Brno. Śmigałem po górkach i pagórkach wyzutych z emocji innych niż ta, by jakiś polski (na 100% polski) TIR nie przejechał 10 cm ode mnie. Na szczęście za wyjątkiem kilku miejsc trasa ma pobocze na tyle szerokie, żeby zmieścić bezpiecznie rowerzystę z manelami. Jedzie się wygodnie i w miarę bezpiecznie. Największe niebezpieczeństwo na trasie to TIR-y. Polskie niestety. Tylko oni próbowali wyprzedzać mnie nie zdejmując w ogóle nogi z gazu. To kierowca polskiego TIRa omal nie wciągnął mnie pod koła, wyprzedzając przy wysepce ograniczającej wjazd do miasta. W końcu to polski kierowca wyprzedzał mnie na podjeździe skręcającym w lewo!

Tego dnia znów dołożyłem 25 km na kluczenie po miastach. Miałem w nogach kolejne 105 km. Nie szukałem campingu. Poszedłem spać w małym hotelu w Boszkovicach. (Cena za dobę ze sniadaniem za pokój dwuosobowy (jedynek nie było) 620 koron. Piwo w knajpie hotelowej – gambrinus: 35 koron)

Trzeci dzień przywitał mnie znów piękną pogodą. Po szybkim śniadaniu w hotelowej knajpce wyjechałem pełen obaw o to, co mnie spotka. Bałem się gór Morawskiego Krasu i wzgórz otaczających Brno. Nie miałem ochoty na kolejne 100 km nieustannych podjazdów i zjazdów, nauczony doświadczeniami z dni poprzednich wybrałem najkrótszą trasę prowadzącą główną drogą, na wszelki wypadek zakładając możliwość poszukania noclegu w oddalonym zaledwie o 40 km od Boschkovic Brnie.

Na trasie. Okolice Morawskiego Krasu, Czechy

 

Czesi to w swej naturze bardzo pomocny naród. Kiedy przejeżający obok kierowca zobaczył mnie, stojącego na poboczu ruchliwej drogi, motającego się z mapą w rękach i obłędem w oczach szukającego sposobu na ominięcie autostradowego wjazdu do Brna, zatrzymał się i podpowiedział rozpoczynający się kilometr dalej wjazd na ścieżkę rowerowową, prowadzącą do Brna wzdłuż rzeki Switava. Ścieżka ta miała doprowadzić mnie do samego miasta. Jak się później okazało, była moim wybawieniem – i moją zgubą.

Ścieżka rowerowa nr 5 owszem, była. Znalazłem wjazd na nią poprzedzony powtarzajacymi sie znakami ostrzegajacymi kierowców o zwiększonej liczbie rowerzystów. Na tym moja wiedza na temat ścieżki się kończyła. Ani gdzie, ani skąd prowadzi, ani którędy. W tym miejscu z pomocą po raz kolejny przyszedł mi czeski rowerzysta, który nie tylko opowiedział mi o niej, ale towarzyszył aż do samego centrum Brna.

Wjazd na ścieżkę znajduje się na ok. 5km drogi łączącej Blansko z Brnem. Delikatnym łukiem mijamy wiadukt nad torami kolejowymi i po 100 metrach, vis a vis małej tamki spiętrzającej wodę na rzece Svitava, z lewej widzimy oznaczony charakterystycznym, żółtym kierunkowskazem znak. „Pietka”, jak o niej mówią Czesi, łączy Brno z Wiedniem szlakiem rowerowym. Od wjazdu pod Blanskiem aż do samego centrum Brna jedziemy trasą przypominającą wyasfaltowaną alejkę w parku – wzdłuż rzeczki, nie napotykając na swojej drodze praktycznie żadnych wzniesień. W samym mieście ścieżka nadal prowadzi nas niby bokiem, niby z dala od głównych szlakow komunikacyjnych, a jednak… Kiedy mijamy hipermarket wystarczy na kilkaset metrów zboczyć w stronę głównego skrzyżowania, potem ulicą 500 m przed siebie i… lądujemy w ścisłym centrum Brna.

Brno jak Brno – miasto jak każde inne. Duże, hałaśliwe, w remontach, upalne. Wypiłem piwo na Namesti, poleżałem na wybudowanej w centrum mini plaży i nie namyślając się wiele – ruszyłem przed siebie.

Brno – Centrum

 

Czeska „pietka” jest całkiem przyzwoicie oznakowaną drogą rowerową. Żółte znaki z numerem ścieżki, logo czegoś-tam i flagą UE, a dodatkowo z nazwą miejscowości do jakiej zdążamy funkcjonują jak normalne oznaczenie pionowe drogi, wespół z resztą znaków. Prowadzi specjalnie przygotowaną, asfaltową trasą idealnie na południe w stronę Wiednia, przez miasta, miasteczka, pola (kiedy ja jechałem kwitły słoneczniki, których były całe hektary). Im bliżej południa Czech – tym bardziej miasteczka i wsie zmieniają wygląd – stają się jeszcze ładniejsze, milsze i zachęcające do zamieszkania niż te w naszej okolicy.

Ścieżka rowerowa „5”. Morawy

 

Nie ma potrzeby obawiać się głodu czy pragnienia. W Czechach może nie być kościoła, czasem nie ma sklepu – ale w każdym miejscu gdzie mieszkają ludzie znajdzie się karczma. Restaurace albo Hospoda. Nigdy PUB. Otwarte od kiedy właściciel pokaże sie w środku. Rzadko kiedy później niż o 10. W zdecydowanej większości żelaznymi pozycjami w menu są: zupa czosnkowa (csnkova polevka, ok 30 koron) i gulasz z knedlami (magiarsky gulas, ok 70-90 koron). Czasem kupowane razem z piwem maja jeszcze niżą cenę.

Knedle z gulaszem i piwo. Tradycyjne czeskie danie.

 

Jadąc „5”, wypoczywałem, zadowolony z życia. Dojechałem do największego jeziora południowych Czech – Novomlýnské nádrže. Tu, w miejscowości Pashohlavky można rozbić namiot na porządnym polu namiotowym. Żeby zregenerować siły postanowiłem zostać tu dwa dni. Cena za namiot i człowieka z rowerem: 125 koron. Nie można płacić kartą. Na polu jest sklep, karczmy, bary, wszystko czego potrzebujemy do życia. Jedyny minus to płatne prysznice, działające na monety 10 i 20 koronowe. Przy szybkim myciu 10 w zupełności wystarczy.

Jezioro Mikulowskie. Czas na odpoczynek.

 

Jezioro Mikulowskie o świcie

 

Po dwóch dniach odpoczynku, niczym król Sobieski schodzący z włochatego tyłka królowej Marysieńki wykrzyknąłem: „Na Wiedeń, mości Panowie!” i prowadzony „szczęśliwą piątką” ruszyłem nad Dunaj. Nic nie zapowiadało się źle: na południe od Pashohlavek ścieżka oznakowana jest jeszcze lepiej niż na północ od jeziora. Prowadzi, delikatnie falując, przez morawskie winnice rozpostarte na południowych stokach iście toskańskich wzgórz. Gładziutka, wyasfaltowana, ze schronami dla rowerzystów i wielkofotmatowymi mapami opisującymi trasę i miejscowe atrakcje flory i fauny.
Skoro tak jest w Czechach, to kurcze, jak bedzie w Austrii??!!” pomyślałem czując jak serce mi rośnie.

Trasa rowerowa „5” wijąca się między winnicami w południowych Morawach

 

Mapa czeskiej części trasy rowerowej „5 / Bron–Wiedeń”

 

W ostatnim czeskim miasteczku zaopatrzyłem się w wodę, batony i jakieś orzeszki i przekroczyłem granicę. Pierwsze co się rzuca w oczy w Austrii, to zmiana oznakowania i jakość nawierzchni. Ścieżka nadal jest ścieżką, ale jej europejskość uznali chyba tylko Czesi, ponieważ po austriackiej stronie oznaczona zostaje jedynie niebieskim kwadracikiem z symbolem roweru i nr ścieżki. O UE nie ma słowa.

Zmieniła się też idea wytyczania trasy – po wyjechaniu z pierwszego (i jedynego przez jakie przejeżdżałem) przygranicznego miasta ścieżka czmychnęła w pola na dobre. Nie była już świetnie przygotowanym szlakiem rowerowym, tylko polnymi drogami omijającymi co bardziej ruchliwe szlaki komunikacyjne. Zniknęły mapy i schrony. Ścieżka jeśli nie prowadziła przez pola i żwirowe drogi, to wyprowadzała na trasy niedostępne dla aut, np przez gigantyczną farmę elektrowni wiatrowych. Wiatraki są na wzgórzach, na wzgórza trzeba wjechać. Co prawda potem lecimy w dół drogą na złamanie karku tylko po to, żeby znów zacząć mozolną wspinaczkę na kolejne, jeszcze wyższe wzgórze. Cały ten może 15 km odcinek zamknięty jest dla ruchu samochodowego, co kilkadziesiąt metrów stoją znaki AutoVerboten za wyjatkiem Fahradów. Nie ma kogo zapytać o drogę, nie ma gdzie kupić wody. Pustynia.

Wjechałem między te wiatraki nie wiedząc ani jak wysoki i męczący będzie następny podjazd, nie mając pojęcia jak daleko do najbliższego miasta, sklepu, miejsca, w którym w końcu kupię wodę. Półtoralitrowa butelka nabyta na granicy skończyła mi się już dawno, podobnie jak zapas w bidonie. Przez ostatnie 20 km jechałem w doskwierającym upale, trasą nie dającą specjalnie schronienia przed słońcem, teraz do tego doszedł ogromny wysiłek związany z pokonywaniem kolejnych wzniesień. Ostatnich kilka kilometrów już tylko podprowadzałem rower, nawet nie próbując pedałować. Pot się ze mnie lał strumieniami, mięśnie zaczęły łapać bolesne skurcze. Z pragnienia wyschły mi usta i zacząłem tracić głos. Kiedy ze szczytu kolejnego wzgórza nie dało się dostrzec osady ludzkiej, zacząłem przemyśliwać telefon pod 112 i wołanie o pomoc.

Pomoc nadeszła niespodziewanie i z najbardziej niespodziewanej strony. Nagle, wgryzieni obozowiskiem w pole kukurydzy, na samym szczycie wzgórza pojawili się ludzie. Jakieś kontenery, auta, kamera telewizyjna… Bez namysłu rzuciłem sie prosić o pomoc…

Przed niechybną śmiercią z odwodnienia uratowali mnie austriaccy archeolodzy, którzy wspólnie ze studentami – wolontariuszami prowadzili tam stanowisko odkrywkowe, wydłubując z ziemi kości krów sprzed 7 tysięcy lat. Mówili dziwnym, austriackim niemieckim, który brzmi trochę jak pomieszanie niemieckiego z węgierskim. Napoili mnie, nakarmili, uraczyli opowiesciami o tym co i po co robia i…. powiedzieli Halt! Dalej nie pojedziesz. Nie pomogły argumenty, ze do Wiednia juz tylko kawałek, ze dam sobie radę, ze kiedy mam wodę mogę spać choćby na łące. Nie, nie pojadę nigdzie i już. Germańska natura. Naradzili sie chwile i po kilku absurdalnych pomysłach typu holowanie roweru na linie za motocyklem spakowaliśmy bagaże i rower do busa, ja wylądowałem na tylnym siedzeniu motocykla i zostałem odstawiony pod eskortą do najbliższego, oddalonego o jakieś 10 min jazdy miasteczka, z którego odchodził pociąg do Wiednia. Kupili bilet, pomogli wsiąść z rowerem i bagażami, pomachali na do-zoba. Jechałem do Wiednia.

Znalezienie campingu w stolicy Austrii nie nastręczało problemu. Camping Wien Neue Donau znajduje się w samym centrum miasta, może nie nad samym Dunajem, ale w bezpośredniej bliskości naddunajskiego bulwaru rowerowego. Jego minusem może być to, że bezpośrednio graniczy z linią kolejową i autostradadą, ale któżby zwracał uwagę na szczegóły.

Mnie bardziej martwił stan mojego ciała. Wieczorem czułem się fatalnie. Nie miałem apetytu, całym ciałem targały skurcze mięśni. Zastanawiałem się czy nie przerwać lub przynajmniej nie zweryfikować planów podróży i nie zrobić w Wiedniu jednoodniowej przerwy. Decyzję postanowiłem odłożyć na rano. Wziąłem prysznic i bez kolacji poszedłem spać.

Rano czułem sie o wiele lepiej, poza tym z nadzieją patrzyłem w niebo, zasnute cieniutka warstwą chmur. Zagadnięta pani w recepcji/informacji rozwiała moje obawy – na drodze do Bratysłavy nie ma ani jednego wzniesienia, a szlak wiedzie jedną z najznakomitszych tras rowerowych w Europie – DonauWeg. Spoko, nie ma co czekać. Postanowiłem wcielić w życie ułożony naprędce, ale calkiem sensowny plan: jadę do Bratysławy, potem jeszcze tego samego dnia pociągiem do Komarna, przekraczam Dunaj i w termach zostaje na 3 dni. Zostawiam z boku Giör i zwiedzanie Węgier zaczynam od twierdz Komarno.

DunauWeg nad Dunajem to może i wiedzie, ale napewno nie na trasie do Bratysławy. Tuż za Wiedniem ścieżka ucieka w lewo, przez jakąś nieprawdopodobnie smierdzącą oczyszczalnię ścieków albo inne zakłady chemiczne, żeby chwilę później zamienić się w wysypany ubitym na beton tłuczniem nasyp kolejowy, który prowadzi prosto jak z bicza strzelił przez Łąki Dunajskie. Odcinek Wiedeń-Bratysława to prowadząca na wschód, pomiędzy rozdzielonymi dwiema ścianami lasu dróżka. W lesie żerują jakieś nieprawdopodobne ilości komarow. 50 km w słońcu, pomiędzy nimi tylko dwa miejsca, w których można kupić wodę… Dopiero na końcu, 10 km od granicy ścieżka kieruje do miasteczka Hainburg an der Donau, w którym szczęśliwie mija się hipermarket Lidl. Linia kolejowa do Bratysławy jest – niestety jedyny istniejący tor był w remoncie i pociągi nie kursowały. Tuż obok Lidla jest przystanek autobusowy, z którego co pół godziny odjeżdżają autobusy do Bratysławy, ale żaden z kierowców nie zgodził się zabrać mnie z rowerem wypakowanym gratami. Ostatnie 15 km to odcinek od starego przejścia granicznego do centrum… W pełnym słońcu, po betonie.

Jestem w Bratysławie, siedzę lewo żywy nad Dunajem starając się usunąć mroczki pojawiające sie przed oczami i zapanować na skurczami mięśni. Wiem, że coś jest bardzo nie tak. Za dużo słońca, za duży wysiłek. Mimo wszystko ruszam do stacji kolejowej, która znajduje sie w mniej wiecej połowie wysokości gigantycznego wzgórza na jakim położone jest miasto. Przejście 5 km zajmuje mi 2 i pół godziny. Docieram do stacji wyczerpany. W kasie kupuję bilet do Komarna – za 5 min odjeżdża pociąg – nie ma czasu na wodę, kupię na miejscu. Odpocznę w pociągu. Jeszcze tylko wtargać cały majdan na platformę peronu, biegiem na początek składu, do wagonu rowerowego. Siedzę. Jadę. Odpoczywam. Słyszę wszystko dziwnie, jakby z boku, jakby przez wyłączone słuchawki. Jakaś kobieta uśmiecha się do mnie dziwnie, ludzie przyglądają mi się – muszę nieźle wyglądać taki „zdojony”. Ładniutka konduktorka prosi o bilet – tak już, tylko wyjmę z plecaka, gwałtownie schylam się.. i ostatnie co pamiętam to rower upadający na mnie.

Nie straciłem zupełnie przytomności, zamroczylo mnie gwałtownie na kilka sekund. Wystarczyło, żeby obsługa pociągu wezwała pogotowie, które zabrało mnie z drugiej stacji przed Komarnem, do którego zabrakło 20 minut. Zamiast do przytulnego pokoju pod twierdzą w Komarnie trafiłem do szpitala w Dunajskiej Stredzie. Trzymali mnie tu 6 dni i 7 nocy. Podano mi w sumie 7 litrów soli fizjologicznych, 3 litry elektrolitow i 3 litry glukozy. Jest środa, 24 lipca 2013 roku. Jutro wychodzę, mam nadzieję.

W tym roku nie udało się dojechać na Węgry. Spróbuję w przyszłym. 🙂