Monthly Archives: Grudzień 2011

Do zobaczenia za rok!

Nadejszła wiekopomna chwila… To był dobry rok. Mimo szalejącego franka, kryzysu globalnego i wałbrzyskiej padaki lokalnej udało się dotrwać do końca, ba! spłacić dwa leasingi i nawet szczególnie dużo nie dołożyć do interesu. Plecak fotograficzny rozrósł się do nieprzyzwoitych rozmiarów, stając się stojącym w kącie memento, powtarzającym „fotografuj, fotografuj…”.
Dużo czasu spędziłem w górach. W naszych Sowich, Wałbrzyskich, w Karkonoszach… a latem, po dziesięciu prawie latach rozłąki, Tatry chwyciły mnie w ramiona. Jesienią z liśćmi spadały z drzew nutki fantastycznej muzyki, a ja tarzałem się w niej, granej na żywo, bez opamiętania.
Grania na żywo było w tym roku w ogóle bardzo dużo. Byli górale, był Dżem symfonicznie, była Susanna Baca, Bregovic z chórem zespołu Śląsk. Byli cyganie z Rumunii… i jeszcze dużo, dużo więcej.
Mnóstwo ludzi przeszło obok mnie. Na niektórych zupełnie nie zwróciłem uwagi, wielu z nich nie zwróciło uwagi na mnie. Ktoś został na dłużej.
Ot.. i minął rok. Do zobaczenia za rok…

i na koniec…:

„Wybaczcie autorowi że, spartaczył tu nie mało
lecz nawet panu Bogu też nie wszystko się udało….

Do zobaczenia więc za rok, w o wiele lepszym świecie,
życzę wam szczęścia, Mazel Tov!, w końcu nadejdzie przecież.
Do zobaczenia więc za rok w o wiele lepszych czasach,
na dobry los czekajmy bo już go ktoś lei dla nas!”


Marketingowcy

Wczorajsze pokłosie do mini „corporate-shooting” w Termet S.A. Korporacja korporacją, a trochę śmiechu na koniec nikomu jeszcze nie zaszkodziło…


Bouldering – fotografujemy z Ziutką w Klubie Jaskiniowym

Za Wikipedią: Bouldering (z ang. boulder – głaz) – wspinaczka po zazwyczaj wolnostojących, kilkumetrowych blokach skalnych bez użycia asekuracji liną. Sportowy charakter boulderingu wiąże się z częstymi, zazwyczaj niekontrolowanymi odpadnięciami od skały, stąd też podstawową metodą asekuracji jest stosowanie tzw. crashpadów, czyli przenośnych materaców oraz pomoc tzw. spottera, czyli partnera, który pomaga w kontrolowaniu lotu, zabezpieczając górną część ciała przed bezpośrednim uderzeniem o ziemię.

Zadzwonił Budyń z zajawką o zawodach. Plany na dziś straciły zupełnie na aktualności, zabraliśmy więc z Ziutką graty i pojechaliśmy do Klubu popstrykać wariatów łażących po ścianach. Wszechobecna, unosząca się w powietrzu magnezja, połamane posklejane palce, powybijane barki… Moje dziecko odnalazło się doskonale – fotograficznie – bo ganiała z aparatem, a od kiedy dwa lata temu pierwszy raz wdrapała się na skałkę w Pełcznicy, na samo wspomnienie o wspinaniu się podskakuje z radości…

***