Monthly Archives: Sierpień 2011

Trebunie-Tutki & Twinkle Brothers


Fire walk with me… czyli Magda B.

Namawialiśmy się z Magdą na zdjęcia od ponad roku. Albo zapominałem (wstyd się przyznać) zupełnie o niej, albo, kiedy już się namówiliśmy, zaczynało „walić żabami”… W końcu postanowiliśmy pójść na żywioł – nie namawiać się, tylko skorzystać z pierwszej nadarzającej się okazji.. Takoż się stało. Szybkia fejsowa ustawka popołudniową porą i o 19 mknęliśmy w stronę Dobromierza… nad cudny zalew ukryty wśród wzgórz…
„- Szkoda, że nie ma chmur… wczoraj by….” – nie dokończyłem mówić, jakiś parszywy komar wpadł mi do gardła nie pozwalając dokończyć zdania. Już kilka sekund i kroków dalej okazało się, że zeżarłem forpocztę komarzej bandy, w sile sztuk piętnastu tysięcy, która opętana rządzą krwi napadła na nas nie zważając zupełnie na naklejki antykomarowe, którymi poobklejaliśmy sobie ciuchy… Bydlęta opamiętały się odrobinę dopiero, kiedy słońce zeszło…

Magda Bugała, 2011 Fot. Jacek Zych, Wszelkie prawa zastrzeżone.

Magda Bugała, 2011 Fot. Jacek Zych, Wszelkie prawa zastrzeżone.

 


Czyżykiewicz

Sobotni wieczór spędziliśmy na stoku Lodowiec w Karpaczu słuchając artystów zaproszonych do kolejnej edycji imprezy „Gitarą i piórem”. Gwoździem programu był recital Mirosława Czyżykiewicza. Któż zacz Czyżykiewicz wiem od lat pacholęcych, z drżącymi więc rękoma przeczekałem artystę poetycko teatralnych scen poznańskich, Grzegorza Tomczaka, który z wdziękiem godnym poznańskiego „pyra” uraczył widzów tekstem „Jestem tu pierwszy raz i chyba ostatni”. Szczęście miał ów, że Dolny Śląsk to nie pyrlandia, bo wyłapałby grillowanym ziemniakiem prosto w paszczękę. Po tym barwnym incydencie, jedynym żywszym akcencie tego wieczora słońce zaszło zniesmaczone i pod sufitem gwiazd przyszedł czas na Leszka Wójtowicza, który tradycyjnie uśpił wszystkich monotonnymi, jednakimi w każdym utworze, smutkiem i nostalgią.
I wreszcie wyszedł ON!
Dziś od rana z zainteresowaniem śledzę lokalne, jeleniogórsko-karpackie dzienniki internetowe, spodziewam się bowiem znaleźć tam wzmianki o fali samobójstw, jaka pokoncertowej nocy i następnego ranka MUSIAŁA przetoczyć się po Karkonoszach i okolicach. Usłyszeliśmy historie niespełnionych miłości, zdrad, z rozdartych dusz lawiną wylewały się ból i cierpienie, a piękno świata przygniecione zostało ciężkim głazem trudu istnienia i platonicznych, nieodwzajemnionych miłości. Czyżykiewicz, zdecydowanie bardziej ekspresyjny i żywiołowy od dwóch poprzedzających go artystów razem wziętych, swoim anturażem scenicznym, fizis i ekspresją wyrazu, do czynów tyle śmiałych, co samobójczych, pchnąć mógł najszczęśliwszego z widzów (w rankingu szczęścia i radości brylowali właściciele rozstawionego u stóp stoku ogródka grillowego, którzy kiełbasę, sztuk jednen, o długości nie przekraczającej 10 cm sprzedawali za 12 zeta…). A że jak wiadomo głód częstokroć bywa katalizatorem zdarzeń tragicznych – pewnym jest, że niejeden z oglądających recital Czyżykiewicza na karpackim stoku widzów sięgnął był po najbliższy pod ręką przedmiot mogący skutecznie odciąć mu dopływ powietrza do płuc.
Podsumowując króciutko trzeba przyznać, że z grupą swoich muzyków, których nie do końca potrafił przedstawić, pokazał Czyżykiewicz spektakl barwny, wciągający, nie pozostawiający złudzeń co do klasy artysty. Polecam dla ludzi o silnie rozwiniętej chęci życia.


Mordor

„Lecz wzrok hobbitów nie zwracał się na rzekę ani wstecz, ku Gondorowi, ku przyjaciołom i krajom życzliwych ludzi. Spoglądali na południe i na wschód, gdzie na granicy nadciągającej nocy rysował się ciemny wał, jakby odległe pasmo gór albo nieruchoma smuga dymu. Od czasu do czasu w miejscu, gdzie ziemia spotykała się z niebem, wzbijało się w górę czerwone światełko. (…)

Frodo, nie poruszył się ani nie oderwał oczu od ciemnego wału na widnokręgu i od migocących na jego tle płomyków. – Mordor!- szepnął ledwie dosłyszalnie.”


Tatry ze szczytu Ornaku widziane by iPhone

Kolejna górska opowieść zilustrowana „ajfonowymi” obrazkami. To był naprawdę udany dzień. To był naprawdę udany wyjazd. Po dniu spędzonym na Krupówkach i obserwowaniu zdebilałego, mantrycznie przelewającego się, łażącego w te i nazad, w góre i w dół, tłumu, przyszedł czas na góry. Spacer doliną Kościeliską pozbawił mnie złudzeń w kwestii obuwia: wysokie, mocne buty do wędrówek górskich są przereklamowane. Zdaneim zdecydowanej większości społeczeństwa klapki japonki, popularnie zwane stringami na stopy, w Tatry w zupelnosci wystarcza, po co więc przepłacać… Na szczęście cała ta tłuszcza zakończyła swoją przygodę z taternictwem klapkowym w schronisku na Hali Ornak, skąd my, jak te głupki, bezmyślnie ruszyliśmy w wysokie góry. I warto było… co prawda podejście pod Ornak ze schroniska na hali wydaje się być niekończącą się ścieżką tysiąca stopni, ale panoramy tatr wysokich i zachodnich rozpościerające się ze szczytu warte były każdej wylanej kropli potu.

Powrót do cywilizacji via Dolina Chochołowska, którą pomknęliśmy na złamanie karku na pożyczonych za jedyne 10 zeta rowerach, których stan ram, a przede wszystim hamulców pozostawiał wiele do życzenia, ale dzięki którym zaoszczędziliśmy dobre półtorej godziny nudnego marszu po asfalcie.

Na zdjęciach oczywiście Tatry moje ukochane, ale przede wszystkim dwie przeurocze i przesympatyczne towarzyszki wędrówki, sprawczynie całego pomysłu – Kasia i Dominika.

I ostatni rzut oka na rycerza, co to mu sie od setek lat dupy nie chce z miejsca ruszyc… i do domu.