Monthly Archives: Luty 2011

Listen to the jazz

…I go out most nights
Attracted by the lights
Listen to the jazz in Harry’s Bar..


Stadion by iPhone

Od dawna potrafię wyobrazić sobie, co czuli Niemcy odwiedzający po czterdziestu latach swoje rodzinne Niederschlesien. Byłem rano na Nowym Mieście i podkusiło mnie coś, żeby zajrzeć na stadion, a uczucie beznadziejnego, niemieckiego żalu wróciło ze zdwojoną siłą.
Pamiętam mecz Górnika z Wisła Kraków. Lało cały dzień, lało przed meczem, w czasie i po. Mimo tego na stadionie był komplet. W brei po kostki, strugach deszczu i przy ogłuszającym ryku kibiców Górnik wygrał 5:1.
Ten mecz utkwił mi głęboko w pamięci, choć to jedno z mniej spektakularnych wydarzeń w historii stadionu na Nowym Mieście. Przemawiał na nim Adolf Hitler, przemawiał Lech Wałęsa. Dziś jedyne co do się słyszeć to wredne krakanie kruka, patrzącego obojętnie na ruinę z drapiastych gałęzi drzew, porastających koronę stadionu.
W taki mroźny poranek jak dziś wydać by się mogło, że po tamtych głosach wciąż jeszcze drży powietrze. Niestety – dziś stadion to tylko smętne cmentarzysko wałbrzyskiego sportu i nędzne wspomnienie świetności tego miasta.


Dom za miastem

Obfotografowałem, zaprojektowałem, przygotowałem do druku. Po prawie roku od rozpoczęcia prac ukazała się płyta Janusza Radka „Dom za miastem”. W zasadzie nie płyta co dwupłytowy album LIVE – CD i DVD, nagrany i zarejestrowany w chorzowskim Teatrze Rozrywki w kwietniu 2010 roku. O samym koncercie już mówiłem i pokazywałem tu.


size doesnt matter czyli videomania

Co niektórzy panowie twierdzą, że nie rozmiar ma znaczenia. Może i tak. Parafrazując więc przysłowie, ośmielam się mówić: „Nie kamera lecz chęć szczera zrobi z ciebie reportera”.


Czy ja lubię Wałbrzych?

Kto dziś lubi Wałbrzych? Do napisania tego felietonu zabierałem się przez kilka tygodni – nie potrafiąc luźnych fraz spiąć jedną, acz przewodnią. Aż wreszcie błysnęła myśl szczęśliwa – a co to jest, na chińskiego boga, ten Wałbrzych, co to ja go niby tak lubię? No czym?

Kiedy wyglądam przez okno widzę las, wzgórza, pola.. Jak się lepiej wychylę, to przez jakieś 5 sekund, zanim walnę o glebę, będę widział nawet Książ.
Czysta klatka schodowa i schludna winda, kilku parchatych bezdomnych grzejących się w przejściu między klatkami. Gładka jak stół dwupasmówka prowadzi mnie wprost do dwóch kolorowych sklepów znanych sieci handlowych, które w święta zorganizują mojemu dziecku Mikołaja, w ferie warsztaty rysunkowe, a w wakacje konkursy i inne atrakcje okołoparkingowe. Mogę posłać dziecko do dobrej, publicznej szkoły. Kiedy przyjdzie mi ochota muśnięcia skrzydeł kultury czekam na kogoś, kto jest na tyle bogaty, żeby zbudować hotel i na tyle próżny, żeby organizować w nim koncerty dla garstki widzów. Wszystko w zasięgu jednej ulicy. Tak. Lubię Wałbrzych.

Moje dziecko, związane z tym miastem pępowiną, też lubi Wałbrzych. Bo do lekarza jeździ do Jedliny, na lodowisko do Świdnicy, na basen do Świebodzic, a na sztuczną ściankę wspinaczkową do Witoszowa. Czasem w napadzie szału jedziemy do Teatru Lalek – do Wrocławia – bo droga lepsza niż do Centrum, a i po spektaklu można usiąść na ławce w parku. Spotykamy tam wieku znajomych z klatki, z bloku, z okolicy. Bezpośrednia bliskość tych miejsc też pozwala im lubić Wałbrzych – bo pozwala żyć poza nim.

Ktoś zapyta – Co ty pieprzysz – jaki to Wałbrzych? Gdzie tu sens?

Jest taki film Roberto Begniniego „Życie jest piękne”. Rzecz dzieje się w niemieckim obozie koncentracyjnym, w którym ojciec, za wszelką cenę, próbuje uchronić syna przed koszmarem świadomości przebywania w świecie zagłady. Nie mogąc ustrzec go od potworności życia tam, próbuje ocalić go zamieniając codzienność obozową w wyimaginowaną grę, nie mającą początku ani końca. Każdą zniewagę zmienia w żart, każdy następny przerażający dzień – w … zabawę.

Nie chcę widzieć brudu, biedy, nędzy, korupcji, nepotyzmu, braku kompetencji, arogancji, dziurawych ulic w mieście setek brudnych bilbordów, z których nawet wiele tygodni po wyborach patrzą na mnie obłudne ryje tych, którzy mają czelność nazywać się wybrańcami demokracji, opartej na flaszce wina. Tych, którzy odebrali nam prawo bycia stąd. Którzy zabrali mieszkańcom miasta dobre imię, swoje uprzednio wytaplawszy w gównie.

Swary i kłótnie zamieniam w kabaretowe scenki, a na brud i syf miasta patrzę przez pryzmat przednówka, kiedy i tak wszystko jest niby brudne. Jadąc do centrum śmieję się szukając najgłębszej i największej z dziur. Zgaduję, która część w samochodzie właśnie się urwała. Wściekłość i bezradność zamieniam w żart, płacz zamieniam w śmiech. Niestety – nie da się zmienić wyrazu oczu mieszkańców… dlatego nie podnoszę wzroku. Patrzę sobie pod nogi i nie rozglądam się. Oto moja gra obozowa. Oto sposób na przetrwanie. Lubię Wałbrzych, lubię Wałbrzych, lubię Wałbrzych… lubię.

***

„Tato, czy to jeszcze Wałbrzych?” Nie córeczko, to już Centrum…


Góry w moim sercu

Góry w moim sercu, z gór tych rzeka płynie,
dzięki niej się rozprzestrzenia życie na dolinie.
I, jak halny, myśli moje się zanoszą,
o opiekę i wytrwałość Opatrzności proszą.

A kiedy jestem sam, to zazwyczaj przechodzą mnie dreszcze
i prośbę mam, bym mógł ofiarować coś jeszcze.
Niech wiara w nas czyni więcej, niż Bóg się spodziewa,
a cenny czas, mógł poświęcić tym, którym trzeba.

Nie wiem, czy jestem człowiekiem wierzącym. Myślę, że jestem gnuśnym agnostykiem z nastawieniem mocno pragmatycznym. Ale teksty Mirka Kowalika wzruszyły mnie i poruszyły strunę wartości niewymiernych. Mirek – cieszę się, że mogłem cię poznać. Dzięki za Góry w moim sercu.