Monthly Archives: Sierpień 2010

100 lat ZHP

Podobno albo harcerzem się jest przez całe życie, albo się nim nigdy nie było.

Pierwszy obóz zuchowy – Rowy, 1980 rok. Chodziłem wtedy do wrocławskiej szkoły podstawowej nr 55 im. Hanki Sawickiej, która z założenia była szkołą harcerską – nie bardzo miałem więc wybór – zostałem wcielony do organizacji, można rzec, z definicji. Nie przypominam sobie jednak, żeby któreś z nas wtedy narzekało na to, że do szkoły trzeba było chodzić w mundurkach. Wszyscy mieli waźniejsze sprawy na głowie – dorośli – rodząca się właśnie Solidarność, niepokoje społeczne, które miały doprowadzić w prostej linii do wprowadzenia rok później stanu wojennego. A my – zbiórki w malej harcówce w piwnicy szkoły, po których biegliśmy na wzgórze partyzantów szukać ukrytych wejść do niemieckich podziemi, o których opowieści słyszeliśmy od naszych rodziców, którzy albo zaraz po wojnie przyjechali do Wrocławia albo, albo już tam się urodzili.

Rok 1988. Gruszów. Najliczniejszy wyjazd naszej drużyny – 14 Wałbrzyskiej Środowiskowej Drużyny Starszoharcerskiej „Cormophyta”. Nie wiem, jak to się stało, że tylu nas wtedy pojechało. Pierwsze przygody z małym biznesem – Namalowana plakatówkami piękna plansza z zamkiem i straszącym w nim duchem, w której fotografowaliśmy wszystkich chętnych za pięć zeta… Placki ziemniaczane, na papierowych tackach. Na to, że ziemniaki na placki były starte na wiórki, bo tylko taką tarką dysponowaliśmy – nikt nie zwracał uwagi. Zarobiliśmy wtedy całkiem sporo pieniędzy – starczyło na to, żeby pod koniec wakacji pojechać całą bandą w Bieszczady… a może w Tatry?

Bieszczady. Pieniny. Tatry. Beskidy. Dębki nad morzem. Chyba setki kilometrów w góre i w dół, w deszczu, śniegu, palącym słońcu. Godziny spędzone na stacjach i dworcach zapomnianych przez boga i ludzi. Całe dni o kubku wody wyssanej ze źródełka kapiącego często daleko od szlaku… Wielu poznanych ludzi – takich na krócej – i takich na resztę życia. Nieprzebrany ogrom wspomnień i emocji zamkniętych w kartonach pełnych fotografii, zalegających piwnice, kańciapy, strychy, pawlacze. Takie właśnie jest moje harcerstwo.


Bartek Kwiatek – v-ce mistrz świata w powożeniu zaprzęgami jednokonnymi


Kasia i Gary czyli pałacowe tańce, hulanki i swawole.

To był dzień pełen niespodzianek – wesele w pałacu, ślub w kościółku Wang w Karpaczu…A propos Karpacza – przez to całe zamieszanie ze ślubem zapomniałem zupełnie o tegorocznym Gitarą i Piórem – i kiedy wjeżdżając do Karpacza rzucił mi się w oczy wielki bilbord reklamujący imprezę – przez króciutki moment zrobiło mi się zajebiście smutno. Bo ani na Giełde do Szklarskiej nie pojechałem, ani Borowic w tym roku nie odwiedziłem.. i na dodatek teraz Karpacz olałem. Może jesień jakoś bardziej koncertowa będzie.

Ale co tam! Było bardzo międzynarodowo, pałacowo, komfortowo, a przede wszystkim gorąco. Komary pozbawiły mnie pół litra (delikatnie szacując 🙂 ) krwi, a pałac w Wojanowie zwalił z nóg. Znaczy – było git!


Wielka płyta w podczerwieni

EF 50mm, f 11, 5,5 sec., z filtrem infrared.


Wakacyjnie

Wygrzebałem ze śmieci stary obiektyw – Sigmę 17-35 f 2.8-4. Ponieważ ma lekko uszkodzony mechanizm AF, od wielu lat leżał zapomniany u Tomka. Okazuje się, że to jest całkiem przyzwoite szkiełko 🙂 Czasem warto pogrzebać w śmieciach…:)