Monthly Archives: Lipiec 2009

Cockroach


Jaromir Nohavica, gorąca, wręcz upojna noc – i ona

Niech ta opowieść będzie ostrzeżeniem dla wszystkich, którzy mają ją za nic, którzy myślą, że można się z nią zetknąć i nie przypłacić tego bólem.

Było bardzo gorąco. U krańca dusznego, parnego dnia niebo zasnuło się dywanem cienkich, szarych chmur. Najmniejszy nawet podmuch nie owiewał spoconych karków i twarzy. Nieruchome powietrze oblepiło amfiteatralne wzgórze lepkim jak smalec powietrzem o zapachu świeżo skoszonej trawy, spalenizny grillowej i wypacanego przez wszystkie pory skóry piwa.

Myślałem, że się od niej uwolniłem. Definitywnie. Nie chciałem mieć z nią nic wspólnego. Po ostatnich wydarzeniach w Poznaniu wiedziałem, że zwyczajne odganianie się nie przyniesie żadnego rezultatu. Próbowałem się przed nią bronić w sposób zdecydowany, jednoznaczny. Widziałem ją. Krążyła w koło mnie jakiś czas. Byłem zbyt zadufany w sobie, żeby uciekać i kiedy pierwszy raz dotknęła mojego ramienia udawałem, że tego nie dostrzegam. Nic się stało. A więc udało się. Grunt, to nie zwracać uwagi.

Zaatakowała nagle. Wykorzystała fakt, że przez chwilę, poza Nohawicą, świat dla mnie przestał istnieć. Zbliżyła się, cicho siadła na kolanach… na udzie. Bezszelestnie i prawie niezauważalnie przeniosła swoje zainteresowanie w górę, w stronę uda. Najpierw w ruch poszła żuwaczka i szczęki. Rozszarpała naczynia krwionośne skóry, następnie przekształconą dolną wargą zlizywała krew, a ślina z zawartością toksyn zapobiegała jej krzepnięciu. Dziś, dwa dni później, siedzę w domu, a na nogach mam otwarte, podchodzące ropą rany. Meszka, z rodziny Simullidae, zwana też bolimuszką, ma od 1 do 3 mm długości. Ale potrafi człowiekowi napsuć krwi. Taka była piątkowa noc w Borowicach, gdzie Ziutka pierwszy raz była ze mną na nocnym koncercie, Jaromir Nohavica zaskoczył wszystkich swoją obecnością, a Sielanka o domu niosła się echem po karkonoskich wzgórzach.

 

Kdybych se narodil před sto lety
v tomhle městě
u Larischů na zahradě trhal bych květy
své nevěstě
Moje nevěsta by byla dcera ševcova
z domu Kamińskich odněkud ze Lvova
kochał bym ją i pieśćił
chyba lat dwieśćie

Na Sachsenbergu mieszkalibysmy
u Żyda Cohena..
Ja i mój piękny klejnot cieszyński
– ma narzeczona.
Mówiłaby po polsku, po czesku, trochę gwarą
i ciut po niemiecku.
Bo raz na sto lat cud się zdarza…

Jestem pewien, że gdzieś na Sachsenbergu jest „Gospoda pod Zielonym Groszkiem”, w której narodowość, miasta i granice nie mają żadnego znaczenia.


Fotograf ślubny

Zaproszony przez Kasię i Garego sobotnie popołudnie spędziłem w pełnym weselnego blichtru pałacu w Wojanowie, gdzie na 1 m2 terenu przypada 2 i pół pary młodej i 1 koma 75 fotografa na parę. W każdym niemal zakątku rozległego parku można napotkac tzw „Fotografa ślubnego” ganiającego jak kot z pęcherzem za, i tak przerażonymi samym faktem ślubu”, młodymi. Oto kilka podpatrzonych scen z życia parku…

Nie obiecam wam świetnych zdjęć… ale zobaczcie jaki jestem zabawny!! O – moghę zrobić taką śmieszną minę…

– Jak myślisz Miśku, Dużo od nas weźmie??
– Nie wiem kociaczku… w minach był naprawdę dobry…

Panny młode wyrastają jak grzyby po deszczu. Można znaleść je pod kazdym niemal krzakiem. Wystarczy mocnij tupnąć, a same wskakują do koszyka.. 🙂

Śluby w pałacu, w oficynie, pod fontanną, w parku… że niby aura nie dopisuje? Zdesperowani młodzi nie boją się deszczu, nie są z cukru. W cenie dostają doskonałe parasolki, wyrób krajowy, kupione w Domach Towarowych Centrum… 🙂


der Damm