Monthly Archives: Październik 2007

Zmarli równi i równiejsi…

Zobacz galerię

Widzę was nie raz, gdy twarz ukryję w dłoniach,
macie przynajmiej Wasze dumne poniżenie,
gdy wygnanym łuk ziemi ojczyznę przesłonił;
ciągle taką samą w waszym zapatrzeniu…

Ku pamięci mieszkańców Sokołowska, których pochowano na starym cmentarzu w lesie…

Święto Zmarłych – święto hipokryzji i kupiectwa… jarmark, na którym spokój sumienia na resztę roku można kupić za plastikową doniczkę z badziewnymi kwiatkami i znicz – większy niż innych, dłużej palący się… Święto wszystkich świętych?? Nie.. święto NASZYCH świętych… bo mijamy obojętnie opuszczone groby ludzi, o których nikt nie pamięta po śmierci – tak, jak byli zapomniani za życia.

Wczesnym rankiem odwiedziiśmy zagubiony w lesie otaczającym miasto niemiecki cmentarz w Sokołowsku… choć powinienem raczej napisać w Görbersdorf. Bo pochowani są na nim mieszkańcy Görbersdorf. Gorszy gatunek zmarłych – bo obcy, anonimowi, nieznani. Cóż z tego, że Sokołowsko to krew ich rąk, chleb z ich pieca? Że to oni zbudowali domy, w których teraz mieszkają ci, którzy zapomnieli… że w polskim Sokołowsku ciągle rosną niemieckie drzewa. Dla mieszkańców Sokołowska Görbersdorf to nawet nie przeszłość… bo o przeszłości się pamięta… A tam tylko zniszczenie.

Ten cykl fotografii dedykuję mieszkańcom Görbersdorf, Gottesberg, Waldenburg, Hermsdorf i wszystkich miast Niederschlesien. Niech będzie symboliczną świeczką nad ich grobami we wszystkich miejscach, o których mieszkańcy Sokołowska, Boguszowa, Wałbrzycha i całego Dolnego Śląska dawno zdążyli zapomnieć.


Sztuka jest sztuka…

Portal nasza-klasa.pl czyni cuda. Do takiego wniosku dochodzę prawie co wieczór od dwóch czy trzech miesięcy, kiedy to logując się na strony naszej-klasy dowiaduję się, że jestem czyimś znajomym. Codziennie widzę wiadomość „X zaprosił cie do grona znajomych”. Przecieram oczy, kurcze – albo widziałem człowieka raz w życiu, albo w ogóle nie kojarze kto to, albo mijam na ulicy od lat kilku, parwie jak zupełnie obcą jednostkę… a tu nagle zaproszony do listy znajomych…

OK – nie ma sprawy – jestem jednostką stadną, lubię poznawać ludzi, urazy (jeśli takowa się zdarzyła) w sercu nie hoduję. Odpisuję więc, w nadziei, że rozdmucham ogień znajomości wygasły dawno temu… jeśli nawet nie ogień, to choćby iskrę wykrzesam. W odpowiedzi nic. Cisza. Wygląda na to, że zostałem łaskawie dodany do listy znajomych i to wszystko, na co moge liczyć. Na pytanie „co słychac?” (idiotyczne zresztą, biorąc pod uwagę, że nie widziałem ludzi często lat kilka lub kilkanaście nawet)… rzuci ktoś zdawkowo 2 słowa. Znaczy nic nie słychać. Kurcze. Może pytając „co słychać?” trafiłem kulą w płot, bo człowiek od 3 lat głuchy??? I tak wszyscy??? Nie wierze. Czasem wróci na odwal się napisana odpowiedź „SPOKO”. No jeśli spoko, to super.

Kiedy chodziłem do szkoły podstawowej, zbieractwo było w modzie. Zbierało sie znaczki, widokówki, puszki po piwie. Dziś można kolekcjonować znajomych. I chwalić się nimi… albo ich liczbą. Podtrzymywanie znajomości, rozmowa nie mają żadnego znaczenia. Spotkania, wspólne spędzenie czasu to przezytek. Ograniczamy sie do przypięcia szpilką zdjęcia na ścianie. Patrzcie ludzie! Mam 294 znajomych! A wy?? 20??  hehehe!!! Lipa, Panie, lipa!!! … I co z tego, że z dwustu sześciesięcioma nie zamieniło się nawet słowa od 20 lat, a z połową pozostałych widziało tylko dwa razy w życiu i nie planuje więcej… To nie ma najmniejszego znaczenia. Sztuka jest sztuka.


Szukając przeszłości…

Zobacz galerię

Całe niedzielne przedpołudnie łazilismy z Danielem po wzgórzach otaczających Sokołowsko w poszukiwaniu niemieckiego cmentarza. Daniel twierdził, że wie gdzie to jest… przynajmniej do pewnego momentu tak twierdził. Jednak im bardziej wchodziliśmy w mgłę, tym ta pewność wydawała się mięknąć, gąbczeć, wiotczeć… „Noż kurwa, nie wiem!”… to krótkie w formie i nieskomplikowane w treści stwierdzenie, rzucone w mgłę w okolicach szczytu wzgórza o wdzięcznie brzmiącej nazwie Stożek, zakończyło poszukiwania i przedpołudniową wycieczkę. Cmentarza nie znaleźliśmy, fotograficznie też nic ciekawego się nie wydarzyło… ot, dzień kolejny minął, dzień co nic nie przyniósł…


Słowa lepsze i gorsze

Przeczytałem dziś na Onecie, że wybrano najpiękniejsze słowo świata. Został nim turecki wyraz „yakamoz”, oznaczający odbicie księżyca w wodzie. 

Ciekawe, czy ogłaszają gdzieś konkursy na najbrzydsze słowa. Jestem pewien, że w ścisłej czołówce znalazłyby się trzy najochydniejsze słowa w języku polskim: strup, ropa i ruchać…


Eckersdorf


Zobacz pełną galerię.

Do czworaków przywykli jak do pięknych domów
Ci, co przyszli na wasze, jeszcze ciepłe miejsca…
Pijąc kłócą się, kłócąc – nie ufają nikomu
W nocy gardła pełne piekącego szczęścia…
Narzekać, nienawidzieć, kląć na ekonomów…"

Jest dużą, łańcuchową wsią, ciągnącą się około trzech kilometrów wzdłuż Bożkowskiego Potoku. Niegdyś perła ogromnych posiadłości rodziny von Magnis.
Majątek Eckersdorf stanowił ich własność już od XVIII wieku i został zdobyty dzięki koligacjom rodzinnym. Johann Georg von Magnis, właściciel dóbr na Morawach, dostał go wraz z ręką Marii Franciszki von Goetzen. To był korzystny mariaż. Magnisowie umieli zarabiać pieniądze. Wydawać też.

Zarabiali na rolnictwie. To oni założyli w 1797 roku nowoczesną owczarnię liczącą dziesięć tysięcy sztuk zwierząt (z sukcesem krzyżowali rasy węgierskie, hiszpańskie i tyrolskie), pierwsi na Dolnym Śląsku zaczęli uprawiać rzepak, zbudowali olejarnię i cukrownię. No i wystawili imponujący pałac. Do dzisiaj robi wrażenie.

Został wybudowany w 1877, po spaleniu poprzedniej rezydencji. Otaczał go piękny park z pływalnią. Nie zabrakło oranżerii, bażanciarni i stawu, do którego przed wizytą królowej Prus Luizy wpuszczono złote rybki. W środku też było wszystko na wysoki połysk: meble z Wenecji, galeria rodowych portretów, miedzioryty, cenna broń. Ale żeby od razu chować tu muzealne skarby? Bez przesady. Już prędzej najnowszy siewnik albo młockarnię. Ostatecznie na ścianie magazynu zbożowego (sic!) umieszczono cytat z Cycerona, sławiący rolnictwo, z którym nic równać się nie może. A jednak okazało się inaczej.

Dalej to historia jak z powieści sensacyjnej, ale pozbawionej ostatniego rozdziału. Na razie składa się z samych zagadek. Zaczyna się w połowie lat 40., kiedy to Gunther Grundmann, konserwator zabytków Prowincji Dolnośląskiej, rozpoczął akcję zabezpieczania cennych dzieł sztuki przed wojennymi zniszczeniami. Lista zrobionych przez niego skrytek jest obowiązkową lekturą poszukiwaczy skarbów.

W piwnicach pałaców, klasztornych lochach, położonych na uboczu plebaniach i sztolniach Günter Grundman umieścił prawdziwe skarby: obrazy, rzeźby, numizmaty, rękopisy, starodruki, wyroby rzemiosła artystycznego, a nawet sarkofagi Piastów Śląskich. Piękne, piecowe kafle też trafiły do skrytek.

Grundmann ukrywał nie tylko kolekcje muzealne i archiwa, ale także zabytkowe wyposażenie kościołów i zbiory prywatne, dzieła śląskie, kolekcje zagrabione przez hitlerowców w Polsce oraz najcenniejsze depozyty ze zbiorów berlińskich. Wydawało się, że na Dolnym Śląsku będą najbezpieczniejsze. Wojna długo tu nie docierała. Stolica regionu dopiero w sierpniu 1944 roku została ogłoszona twierdzą, a pierwsze sowieckie samoloty pojawiły się nad Festung Breslau dwa miesiące później.

Wiemy, że Grundmann przygotował co najmniej osiemdziesiąt tajnych skrytek, z których tylko cztery znalazły się po wojnie na terytorium Niemiec. Ich zaszyfrowany spis odnaleziono latem 1945 roku w prowizorycznej kancelarii konserwatora. Na liście Grundmanna figurował Eckersdorf, dziś Bożków koło Nowej Rudy…


Śnieżnik – taka zima choć jesień…

                       Taka była pogoda… | A tak się bawiliśmy…

Październikowy weekend wyborczy spędziliśmy razem z Dorotą i Danielem na zasypanym śniegiem Śnieżniku. Pojechaliśmy tam bezrozumnie szukać jesieni… Pytanie po co??? Przecież sama nazwa (Śnieżnik) wskazuje, że szanse na odnalezienie tam innej pory roku niż zima są raczej mierne. Niemcy, kiedy bydowali tam schronisko w formie termosu, o podwójnych ścianach i skośnym, wielospadowym dachu, nie zrobili tego, bo akurat mieli nadwyżkę materiałów budowalnych… Śnieg na Śnieżniku wydaje się być czymś tak oczywistym, jak krosty na tyłku po wizycie w toalecie w pociągu relacji Jelenia Góra – Wrocław.

Wieczór w schronisku spędziliśmy wsród tańców, hulanek i swawoli, trwających do białego rana. Było wino, gitary i śpiew… w dowolnej kolejności. Nie udało się odszukać jesieni, ale że w przyrodzie równowaga musi być zachowana, w zamian znalazło się doskonałe towarzystwo ludzi zupełnie obcych, pierwszy raz na oczy widzianych. A że zawsze ktoś gdzieś kończy ileś-tam-lat, to udało nam się znaleźć w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu. Dzięki temu byliśmy świadkami hucznej imprezy zorganizowanej ku czci Szanownej Jubilatki. Była oskarowa gala, wręczanie statuetki, bimberek, cytrynówka, piwo, żołądkowa gorzka. Byli bracia Czesi i pechowiec Ogórek. Były gitarry, śpiewy, mruczanki. Po raz kolejny też potwierdziła się moja teoria, że szanty najchętniej śpiewane są przez turystów w górach… zupełnie jak piosenki górskie na Mazurach.


Cudze chwalicie, swego nie znacie…

Ta niezbyt odkrywcza, choć nieco przygnębiajaca refleksja, spłynęła na mnie kiedy dziś rano przeglądałem fotoblog, prowadzony przez jednego ze znajomych ( http://innewidoki.blox.pl/html ). Blog specyficzny, bo w odróżnieniu od setek czy tysięcy podobnych do siebie internetowych pamiętników, pozostawiający czytelnikowi swobodę w interpretacji pokazywanych tam fotografii, otwierający furtkę prowadzącą do gigantycznego pastwiska wyobraźni.

Oglądałem fotki z krajów arabskich, Londynu, Rumunii, Czech… i żadne z tych miejsc nie było mi obce. Do każdej potrafiłem dopowiedzieć historię, zerknąć poza kadr, imaginować sobie cały anturage towarzyszący fotografującemu… Potrafiłem odnaleźć samego siebie na prawie każdej z tych fotografii… na każdej poza Gdańskiem.

W Wolnym Mieście byłem raz, lata temu, zostawiłem tam jeden dzień najpiękniejszych wakacji mojego życia. Czas zatarł w pamięci tych kilka godzin spędzonych na ulicy Mariackiej… i dziś fotografie Gdańska, stoczni, miasta, są mi tak samo obce jak fotografie kalifornijskich plaż czy wenezuelskiej dżungli.


Być kobietą…

W sobotę pojechałem na targi ślubne do Wrocławia. Targi jak targi – poza perełkami typu gejowaty prestidigitator z pudelkiem i papugą wiszącą głową w dół oraz człowiekiem chwalącym się, że panna, a co gorsze pan młody, mogą dotknąć jego węża, nie było nic ciekawego. Były za to babeczki z finału Miss Polski.