Monthly Archives: Sierpień 2007

Transylwania

Zobacz pełną galerię.

Ty Rumunie… dziś już wiem, że takie zawołanie zdecydowanie nie należy do obelg. I to bardziej porównanie do Polaka powinno obrazić Rumuna, niż odwrotnie.

Wyprawa do Transylwanii miała być podróżą w czasie – podróżą do miejsc, gdzie czas zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu. Naczytawszy sie Stasiuka wyobrażałem sobie Transylwanię jako krainę dziką i leniwą, pełna miasteczek z drewnianym brukiem i innych tego rodzaju romantycznych bzdur… Błąd – Rumunia to centrum współczesnej Europy. Epicentrum turystyczne. Po wejściu Rumunii do UE nastąpiła implozja, która zasysa coraz większe rzesze i tłumy wytrzeszczających ze zdziwienia gały Europejczyków i Amerykanów.


Regałowisko – Reggae Party 2007





















Kościół i kaplica klauzurowa sióstr Benedyktynek w Lubomierzu

Lubomierz znałem przede wszystkim, a raczej jedynie, jako miejsce, w którym Witia wierzchem na kotie jechał.. czyli plan filmu Sami Swoi. Tu, co roku, odbywa się też festiwal komedii polskich pod taka sama nazwą. Pojechałem tam pierwszy raz i festiwal stał sie tłem, czymś nie wartym uwagi w obliczu kilkunastu minut spędzonych w kościele, wchodzącym w skład zabudowań klasztornych zakonu Benedyktynek. Sam kościół nie zrobił na mnie tak wielkiego i porażającego wrażenia jak kaplica klauzurowa, znajdująca sie za ołtarzem, na piętrze.

Zespół budynków klasztoru sióstr Benedyktynek składa się z kompleksu zabudowań samego klasztoru oraz kościoła, a także z budynków służebnych stanowiących imponujący i zwarty kompleks budynków, pomimo nierozerwalnej ciągłości poszczególnych skrzydeł dobrze od zewnątrz czytelny. Wnętrze kościoła obfituje w szereg zabytków sztuki, są to min: malowidła sklepienne występujące na wszystkich polach, wykonane metodą freskową przez jednego z najwybitniejszych malarzy barokowego Śląska Jerzego, Wilhelma Neunhertza. Sklepienie prezbiterium otrzymało inny typ dekoracji, plastycznie wypracowanej w stiuku. Ołtarz główny jest dziełem nieznanego autora.



Za ołtarzem głównym znajduje się kaplica klauzurowa z ołtarzem i bogatym wystrojem rokokowym. Zakonnice nie mogły uczestniczyć we mszach odprawianych w kosciele. Z tego to właśnie powodu wybudowano dla nich, za ołtarzem głównym, na pięterku, kaplicę, do której dostęp miały tylko i wyłącznie one. Od kościoła odddzielały ją stalowe drzwi z małym, kwadratowym okienkiem, jedynym łącznikiem ze światem realnym, przez które kobiety przyjmowały komunię świętą.

Kaplica robi niesamowite wrażenie. Z jednej strony doskonale słychać z niej wszystko co się dzieje na dole w kościele, z drugiej – jest jak enklawa, wyspa ciszy i spokoju odcięta od świata wąskimi schodkami i potężnymi, stalowymi wrotami. Jest jak magnes. Przyciąga, sprawia, że nie chce się stamtąd wychodzić. A kiedy już wyszedłem i zalał mnie tłum oszalałych ludzi, wiedziałem, że nigdzie już nie będzie tak cicho i spokojnie, jak tam.







Wernisaż wystawy fotografii Adama Bujaka i Arturo Rossiego

Reportaż wykonany na zlecenie Uzdrowiska Szczawno-Jedlina SA – otwarcie w szczawieńskiej hali spacerowej wystawy fotografii dwóch najznakomitszych fotografów papieskich – Adama Bujaka i Arturo Rossiego.


Zobacz pełną galerię.


Budapeszt

Po wyjeździe z Transylwanii, nieutuleni w żalu, wraz z moimi towarzyszami podróży, postanowiliśmy utopić smutki w strumieniach tokaju, które spodziewaliśmy się odnaleść na Węgrzech… W tym celu skorumpowaliśmy madziarskiego konduktora, który przewiózł nas przez granice za jedyne 5 eurasów, za to pociągiem z klimatyzacją, dywanami, do którego wstyd było mi wejść, a jeszcze bardziej żal było wychodzić. Bracia Węgrzy okazali się jednak mało gościnni, a modry Dunaj okazał się być jedynym strumieniem, jaki można było znaleźć w Budapeszcie…. Tokaj może i był, ale nas zdecydowanie na niego nie było stać. Koszmarnie drogi, wprost proporcjonalnie brudny, Budapeszt okazał sie być mega wysysaczem kasy…. Zadowoliliśmy sie więc skromnym browcem na deptaku vis a vis Parlamentu, od którego oddzielał nas rów, w którym płynęła mętna ciecz, nazywana Dunaj… Myśle jednak, że to nie był Dunaj, bo żaden Dunaj na świecie nie może śmierdzieć tak bardzo, jak to coś, co tam płynęło…

Kiedy już odwiedziliśmy wszystkie miejsca, w których Kania, Hudej, Benedek i Haber balowali i przygody romantyczne przeżywali (poza kilkoma burdelami, których, mimo ciężkich poszukiwań i wielu prób nie udało nam się zlokalizować), rozstaliśmy się. Kaśka i Wojtek pojechali do Warszawy przez Kraków, my z Danielem wyruszyliśmy, niczym dzielni zbiedzy Szatolohulohej, bratysławskim szlakiem, do Polski.

Po 7 (słownie siedmiu) przesiadkach i nocy spędzonej na brneńskim trawniku, przetarliśmy drogę do Polski z Budapesztu, za jedyne 63 złote polskie. Trochę do życzenia pozostawia czas podróży i ilość przesiadek, ale to są detale.. (: